18.01.2018

„Wampir z Zagłębia”

Ostatnimi czasy zainteresowałem się historią “Wampira z Zagłębia”, który na przełomie lat 60-tych i 70-tych mordował kobiety. Najpierw obejrzałem film fabularny “Jestem mordercą” (2016), następnie film dokumentalny o tym samym tytule z 1998 roku, poczytałem trochę w internecie, aż wreszcie trafiłem na książkę “Wampir z Zagłębia” Przemysława Semczuka.

Do zakupu tej książki zachęcił mnie opis na okładce:

Bezlitośnie, rzetelnie, z chirurgiczną precyzją. Dziennikarska sekcja zwłok najsłynniejszego przestępcy PRL-u. Bez tej książki nic nie wiecie o sprawie Marchwickiego.

Oczywiście wiecie jak to jest z recenzjami. Zazwyczaj kolega kolegi, znajomy znajomego, wydawca wydawcy i takie tam pierdoły. Piękne opisy, by kupić produkt.

Przyznam szczerze, że jestem zawiedziony tą książką. W sumie to nie wiem na co liczyłem. Zauważyłem także, że trudno mi się czyta literaturę faktu, bo oczekuje Bóg jeden raczy wiedzieć czego, a nie dostaje nic, co by mnie połechtało. W sumie z tej książki oprócz tego co wiedziałem wcześniej, dowiedziałem się, że Marchwicki podczas pobytu w areszcie napisał pamiętnik, a w nim wszystkie morderstwa. – Ta sprawa jest tak zamotana, że w sumie nie to wiadomo, czy to pisał on, czy ktoś inny, a może ktoś mu dyktował…

Najtrudniej w tej książce czyta się fragmenty zeznań pisemnych Marchwickiego, które zapisane są bez znaków interpunkcyjnych, bez ładu i składu, więc można także wywnioskować, że poziom inteligencji oskarżonego oscyluje w granicach “głowonoga”.

Jak sam autor napisał, czytał akta sprawy przez rok, więc zapewne włożył wiele pracy i serca w napisanie tej książki, by to wszystko zrecenzować i podać opinii publicznej fakty związane ze sprawą. Trzeba jednak przyznać, że jeśli już coś wyczytałeś lub widziałeś film dokumentalny o “Wampirze z Zagłębia”, to z tej książki niewiele więcej się dowiesz…

Mam także wrażenie, że gdybym kompletnie nic nie wiedział o Marchwickim, to może nawet niewiele bym zrozumiał z tej książki. Opisy na okładce zachęcające, a w środku lipa. Moja narzeczona zwróciła się do mnie o tę książkę, więc pożyczyłem jej i z ciekawością czekałem na jej recenzję. Po kilku dniach mi ją oddała i powiedziała, że po kilku stronach nie miała jej ochoty czytać, bo tak naprawdę nie wie co czyta. – Ta opinia ma dla mnie mocne argumenty, że dla kogoś kto w ogóle nie zna sprawy będzie zbyt skomplikowana, a dla kogoś kto sprawę zna, nie znajdzie w niej nic, czego już nie wiedział.

25.08.2017

„Po prostu zabijałem”

To był ten dzień, w którym nie szukałem książki, a przypadkowo będąc w markecie zauważyłem przy kasie dwie Stephena Kinga – “Christine” i “Misery”. Nie wiedziałem czy wziąć którąś z nich, bo oglądałem ich filmową wersję, więc bałem się, że czytanie będzie spieprzone filmowymi uprzedzeniami. Za tymi książkami stała schowana, szara, nawet lekko zdezelowana, jakby ktoś czytał ją ze 100 razy.- “Po prostu zabijałem” Artura Górskiego…

Jak to na okładkach bywa, teksty podkręcające klimat:

Oparta na autentycznych wydarzeniach historia polskiego seryjnego mordercy.

Nie będę Wam przepisywał tekstu z okładki z tylnej części, po prostu ją zeskanowałem

Zapowiada się świetnie! Biorę.

Siadając na kiblu i otwierając pierwszą stronę trafiam na tekst “od autora”, a w nim fragment:

Ten fragment jest niejako zaprzeczeniem zapowiedzi jakie padły na okładce. Na zewnątrz mowa o autentycznych wydarzeniach, a na pierwszych stronach o zmianie imion “bohaterów” i miejsc zdarzeń. Oczywiście autor książki nie mógł zweryfikować tego, o czym opowiadał mu ów morderca, więc nawet autor nie wie, co jest prawdą, a co nie. Myślałem, że tylko lokalne dzienniki z małych miejscowości (jak moja) mogą robić czytelnika w chuja, by ten kupił kolejny numer.

Mimo tego książkę czyta się z wielką frajdą. Wciąga bez opamiętania i nie ma się zamiaru zatrzymać. Czuć w niej, że jest “kolorowanką”, a nie napisaną na podstawie wydarzeń autentycznych. Trochę to boli, bo przy opisie różnych zdarzeń myślisz sobie – to nie jest prawdziwe. Psuje to nieco klimat…

Tytuł pasuje do tej książki jak żaden inny, do żadnej innej. – “Po prostu zabijałem”, tak frywolnie, buńczucznie, takie swojego rodzaju – nie ma się czym chwalić, po prostu zabijałem. Cały klimat tej książki napisany jest w takim tonie. Jestem pewien, że więcej emocji wkładam w codzienne robienie kanapki, niż ten gość w czasie zabijania.

Tak się zastanawiam. Gdybym był pisarzem i spotkałbym się w więzieniu z seryjnym zabójcą, to miałbym parcie na to, by napisać jak się nazywa i gdzie odsiaduje wyrok. A tu kompletnie nic. Pan “X”, miejsce “Y”. Podobnie jak w słynnym filmie “The Blair Witch Project”, który na początku mówi o znalezionych kasetach w lesie, zaginionej trójce studentów i prawdziwych wydarzeniach, a na końcu napisy – scenariusz, reżyseria.

Nie jestem wprawionym czytelnikiem książek. Dopiero zaczyna do mnie docierać, że je lubię i gdy kończy mi się jakaś, szukam kolejnej. Książkę z całą odpowiedzialnością polecam tym, którzy dopiero łapią bakcyla czytelnika, albo chcą go złapać. Ponieważ wciąga, jest przyjemna w odbiorze zapewne zachęci nowego czytelnika do szukania kolejnej książki. Najgorzej sparzyć się na przekombinowanym i zanudzającym badziewiu, który nie sprawia, że chcesz więcej i więcej.

W każdej książce jest jakiś fragment, do którego z chęcią wracam, albo czytam go kilka razy pod rząd. W tej znalazłem naprawdę wiele takich fragmentów, ale nie chciałem ich tu publikować ze względu na to, że to nie moje dzieło i na to, by nie spierdolić wam ewentualnej dobrej zabawy podczas czytania książki. Ze wszystkich fragmentów wybrałem ten:


Strona 185/186 “Po prostu zabijałem” – Artur Górski