Ostatnio miałem nieprzyjemność pracować przez dwa dni z człowiekiem, który z pozoru sprawia wrażenie twardziela i faceta z krwi i kości. Gdzie on nie był, czego nie widział i jakich „lasek nie uprawiał”. Słuchasz o jego alkoholowych szaleństwach, seksualnych podbojach i niesamowitych opowieściach, jak to na pierwszej godzinie nauki na prawo jazdy na samochód ciężarowy wykonywał wszystkie manewry w sposób tak imponujący, że instruktor po pierwszej lekcji puścił go samego na parking przy swojej bazie oddalonej o 5 kilometrów od placu manewrowego. Jego wielkość i aura narcyzmu przekraczała na skali Geigera wszelkie wartości, aż świecił się z zajebistości….

I nagle ten sam człowiek, wspaniały i cudowny, wielki i nietuzinkowy, szaleńczy i czadowy słyszy komendę od swojego szefa:

„No chłopaki, bierzemy się za robotę i idziemy kłaść wełnę mineralną na dach.”

Niemal ze strachu przed gryzącym i nieprzyjemnym pyłem się nie popłakał. W jego oczach było widać strach, a drżenie strun głosowych sprawił, że przemówił piskliwym głosem: – „mam uczulenie”….

Jak to życie szybko weryfikuje twardziela i robi z niego błazna, który był chuj wie gdzie, chuj wie z kim, a tu nagle taka wtopa. Prawdziwy twardziel z krwi i kości. – Zapewne każdy z Was zna takiego debila…

17.09.2017

Kilka lat temu oglądając skoki narciarskie na kanale Eurosport, jeden z komentatorów opowiedział krótką historię o brytyjskim skoczku narciarskim, który jako pierwszy w historii reprezentował swój kraj na olimpiadzie zimowej w tej dyscyplinie. Zaciekawiła mnie ta historia, więc poszperałem w internecie czytając o zawodniku Michaelu Thomasie Edwardsie, znanym jako Eddie „Orzeł” Edwards…  

Dowiedziałem się wtedy, że był to zawodnik amator, który przebojem dostał się na olimpiadę, o której marzył od dziecka. Był na tyle słabym skoczkiem, że stał się sławny na całym świecie. Kibice wiwatowali na jego cześć i tak entuzjastycznie przyjmowali każdy jego słaby skok, że nawet najlepszy skoczek nie mógł pochwalić się taką kibicowską wrzawą. To podobno dzięki niemu wprowadzono w skokach narciarskich coś takiego jak eliminacje. – Twierdzono wtedy, że to nie normalne, by najgorszy zawodnik był lepiej odbierany przez publiczność niż najlepszy. Poza tym zablokowano drogę innym zawodnikom amatorom, którzy chcieliby pójść w jego ślady.

Czytając o tym kilka lat temu dowiedziałem się także, że są plany, by nakręcić film fabularny o tym skoczku. I właśnie całkiem przypadkiem natrafiłem na niego w telewizji, obejrzałem go i byłem pod wielkim wrażeniem. Historia trochę głupia, jakby wyjęta z dupy, albo raczej z czarnego brytyjskiego humoru. Na początku filmu informacja, że przedstawia on autentyczne wydarzenia, a oglądając ten film odnosi się wrażenie, że to głupia i przesadna komedia,  a może nawet parodia.

Według danych Eddie „Orzeł” Edwards swój najlepszy skok oddał na odległość 73,5 metra, a najgorszy oficjalny wynik należy właśnie do niego – 45 metrów. Oprócz na olimpiadzie w Calgary w 1988 roku, startował także w pucharze świata i pucharze kontynentalnym. Co ważne, nie zawsze był ostatni! Jego występy, choć były słabe, to tak naprawdę nie to się w nich liczyło. Jako dziecko marzył by wystąpić na olimpiadzie i to nie ważne w jakiej dyscyplinie. Jego upartość, dążenie do celu, poświęcenie i przypadek sprawiły, że udało mu się ten cel osiągnąć w skokach narciarskich.

Choć oglądając film „Eddie zwany orłem” ma się wrażenie, że to postać prosto z parodii, to tak naprawdę osiągnął coś, co już raczej nigdy nikomu się nie uda. Odnoszę także wrażenie, że to człowiek, któremu brakowało piątej klepki, bo wystawił się na pośmiewisko, miał po drodze 1000 wpadek i niepowodzeń i w dodatku nikt w niego nie wierzył. Udało mu się osiągnąć cel i spełnić swoje marzenia, ale jestem święcie przekonany, że ta historia jest wyjątkowa, bo nikomu innemu nie udałoby się przeciwstawić tak dużej ilości wpadek i niepowodzeń jak właśnie jemu. – Jestem pewien, że trzeba być lekko jebniętym, by znieść tyle, co on.

Historię jego występów znajdziecie na Wikipedii. Słynny „Orzeł” ma także swoją stronę internetową, na której zobaczycie między innymi zdjęcia oraz filmy z jego skoków na olimpiadzie. Polecam wam także film fabularny, komedię, parodię, ale także wzruszającą historię jego dążenia do występu na olimpiadzie zatytułowany „Eddie zwany orłem„. – Gdybym 100 razy nie upewnił się, że film oparto na wydarzeniach autentycznych to pomyślałbym, że jest to tylko kolejna głupia komedia…

Na kanale National Geographic nadawany jest serial dokumentalny, w którym przedstawiony jest lot pierwszej misji załogowej na planetę Mars. Oczywiście jest to dokument, który trzeba traktować z przymróżeniem oka, bo jest to niejako symulacja takiego lotu jak i wydarzeń mających miejsce przy zakładaniu bazy. Szacuje się, że pierwsi ludzie wylądują na Marsie w 2033 roku, a w roku 2060 Mars będzie miał już milion ziemskich mieszkańców. Jeden z powodów takiej zsyłki na tą martwą planetę jest chęć ocalenia ludzi od zagłady. – Gdyby w Ziemię pierdolnęła jakaś kometa i zniszczyła życie, to część ludzi przetrwa na Marsie. Prawdopodobieństwo, że dwie planety zostaną zniszczone za jednym „zamachem” jest mało realne…

W sumie to powiem Wam, że zrobiło mi się żal planety Mars po obejrzeniu pierwszego odcinka. Co prawda życie tam nie mogłoby się odbywać „na dworze”, a w jakiś wielkich bazach, ale jak słyszę o milionie ludzi, którzy będą oblewać tę planetę fekaliami i śmieciami, to zwyczajnie zrobiło mi się smutno. Jakoś tak mam, że człowiek kojarzy mi się z brudną, cuchnącą, bezduszną i chciwą istotą. Ewentualne zasiedlenie planety Mars będzie nie dość, że nieekonomiczne i nielogiczne w sensie wysłania tam ludzi i budowania baz, to zapewne w dłuższej perspektywie ktoś zbije na tym fortunę, podzieli planetę na parcele i będzie czerpać z tego korzyści. A gdy okaże się, że na Marsie występuje złoto w dużych ilościach, to zapewne obejrzymy kolejne odcinki „Gorączki złota” na Discovery Channel. – Jak będzie lód, to pewnie Alex Debogorski i Hugh Rowland wystąpią w kolejnej serii „Na lodowym szlaku”, tym razem na czerwonej planecie.

Powiedzcie mi, czy naprawdę wierzycie w to, że kogokolwiek obchodzi los ludzkości? Żyjąc tu na Ziemi nikt nie dba o to czy żyje ci się dobrze czy nie. Nikogo nie obchodzi, czy jesteś zdrowy, czy chory, bo w obu przypadkach jesteś „coś wart”. Jak jesteś zdrowy to jesteś zwyczajnym konsumentem wydającym pieniądze na zbędne produkty zareklamowane w telewizji, a jeśli chorujesz, to musisz kupować drogie leki, by żyć. I nagle słyszymy o super misji mającej na celu osiedlenie nowej planety przez człowieka, na którą wyda się w najbliższych latach biliony dolarów. – Urocze kurwa!

W dodatku ten magiczny argument, że jak coś zniszczyłoby Ziemię, to ludzie przeżyją gdzieś na wyjałowionej planecie. Żyć będą tylko po to, by mogli się wysrać, wyprodukować żarcie i kręcić się tunelami nie mając styczności z niczym co jest na Ziemi. Ja się pytam po co? Przecież jak zabraknie dostaw z Ziemi, to ludzie tam i tak będą skończeni. Gdzie wyprodukują maszyny i urządzenia do podtrzymywania życia? Na Marsie? – Gdzie w hucie aluminium? I tak skonają z braku wszystkiego. Będą dopiero jaja jak się okaże, że to nie Ziemię, tylko Marsa zniszczy wielka kometa. No dobra. Dość już pierdolenia o planetach, pieniądzach i władzy. – Lecą na Marsa do spożywczego…

Przyszło nam żyć w czasach, w których przedsiębiorcy do jedzenia pakują nam zdechłe mięso zwane dalej padliną, mieszają z mięsem dobrej jakości dla niepoznaki i doprawiają solą przemysłową przeznaczoną na ulice. Może to i dobrze, że w tym roku zima trzyma nawet wiosną i że opady śniegu nas nie ominęły. Zwiększa się szansa, że sól została użyta na drogi, a nie do mięsa. Wiem, że w przypadku przerabiania padliny wkrótce sprawa ucichnie i zostanie zamieciona pod dywan, tak samo jak miało to miejsce w przypadku zeszłorocznej afery z solą przemysłową. Wydaje się, że tylko wysokie wyroki w naszym kraju są w stanie ukrócić proceder oszustw na szeroką skalę.

Gdyby np., przedsiębiorca przetwarzający żywność od razu wiedział, że za tego typu przestępstwo grozi od 20 lat pozbawienia wolności do dożywocia, do tego upublicznienie jego danych osobowych i wizerunku oraz przepadek mienia, to pewnie nie jeden nieuczciwy przedsiębiorca pomyślałby dwa razy zanim zrobiłby coś takiego. Za sól przemysłową w jedzeniu powinno się iść do paki na 20 lat do więzienia bez zbędnego wyroku, a za padlinę w wyrobach dożywocie. W przypadku zeszłorocznej „afery solnej” nikt nie odpowiedział i nikomu nie przepadło mienie. Gdyby któryś z tych pseudo przedsiębiorców czy jak kto woli „trucicieli” oszukał urząd skarbowy na 2 złote, to prawdopodobnie od razu firmy zostałyby zamknięte. Widać, że trucizna w żywności to nie jest aż takie wielkie przewinienie, więc dajemy przykład następnym przedsiębiorcom, którzy będą pewnie ten proceder uprawiać. Dajemy też informację ludziom, którzy nie chcą kupować wyrobów, a następnie gnębimy rolników, którzy za to wszystko zapłacą.

Niestety, w przypadku karania prawdziwych przestępców nie ma w tym kraju bata. Mafia Pruszkowska na wolności, afera z solą nie znalazła winnych, a padlina w jedzeniu może być wyrokiem jedynie dla klienta, który został otruty. Nie ma co liczyć na literę prawa w Polsce, no chyba że jesteś rowerzystą po piwku. Zaraz trafisz za kraty na kilka miesięcy, a Twoje dane osobowe zostaną podane do publicznej wiadomości. Najważniejsze, że winny rowerzysta został złapany na gorącym uczynku. Trucizna, padlina, i sól przemysłowa w jedzeniu to pikuś, w porównaniu z nietrzeźwym rowerzystą gdzieś na peryferiach…

3.04.2013

Nie jest chyba tajemnicą, że połączenie platform cyfrowych Cyfra+ i „n” nie wyszła na dobre. Wysokie ceny, brak elastyczności w ofercie i mniej kanałów. To własnie sprawiło, że na Facebooku powstał profil zbuntowanych i wściekłych abonentów. Profil na tą chwilę ma już ponad 25 tysięcy fanów i nadal ich liczba rośnie w szybkim tempie. W ciągu kilku dni może nawet dogonić oficjalny fan page nowej platformy. Dzięki informacjom zawartym na stronie Antync+ abonenci dowiadują się jak zerwać umowę, gdzie ją zanieść lub wysłać, wymieniają się poradami prawnymi, a nawet publikują treść wypowiedzenia umowy.

Na początku myślałem, że ten fan page jest nieco przesadzony, że nagonka na nc+ jest nakręcana przez zbuntowany tłum. Po czasie jednak zrozumiałem, że akcja zawiera prawdziwą złość i przekonanie, że ktoś nas robi w balona. Pakiety nowej platformy w porównaniu z promocyjnymi pakietami w Cyfrze+ są droższe o 50%, a ich zawartość wcale nie jest lepsza. Ba, zostały usunięte niektóre stacje w tym kultowy TCM, Cartoon Network czy History.

Po tygodniu od uruchomienia nc+, jej prezes na łamach gazet mówił, że nie zamierza niczego zmieniać, a problem jaki pojawił się wśród abonentów, to wina niezrozumienia przez nich oferty. Zabrzmiało to tak, jakby chciał powiedzieć, że abonenci są zbyt głupi by to zrozumieć. Mówił też, że trzeba całą ta nagonkę przeczekać. W tej chwili widać, że ruch niezadowolonych abonentów rośnie w siłę i już nie ma na co czekać. Dlatego to też prezes nc+ Julien Verley wysłał do założyciela Antync+ zaproszenie do Warszawy, by przedyskutować całą akcję.

Jestem niemal przekonany, że prezes chce studenta z Poznania przekupić, upokorzyć, albo po prostu przedstawić mu jego prawników. Nie wydaje się, by był jakikolwiek sens, aby spotykać się z prezesem, który ma swoich ludzi i powinien wiedzieć, o czym piszą niezadowoleni abonenci. Niższe ceny i przyznanie się do popełnionych błędów to wydaje się jedyne i realne przeproszenie się z niezadowolonymi klientami. Oczywiście powinni też zaprzestać automatycznie przenosić abonentów Cyfry+ i „n” do nowej platformy bez ich wiedzy. Z drugiej strony nie wydaje się, by prezes popełnił jakiś rażący błąd podczas tych rozmów, bo wie jak duża rzesza ludzi stoi za założycielem strony Antync+.

Na fan pagu Antync+ ludzie proponują spotkanie z prezesem na stadionie narodowym. Chcą przez to podkreślić, że niezadowolonych jest aż tak wielu i to ze wszystkimi powinno się rozmawiać, a nie z człowiekiem, który założył profil na Facebooku. Są też stwierdzenia, że jeśli założyciel Antync+ spotka się z prezesem nc+, stanie się mało wiarygodny i ludzie nie będą chcieli utożsamiać się z tą akcją. Inni uważają, że to prezes powinien przyjechać do Poznania, a nie student do Warszawy, bo to pokazałoby komu na czym zależy…

Już jestem ciekaw co z tego wszystkiego wyniknie. Z jednej strony pisanie na Facebooku na niewiele się zda, jeśli nie będzie to przeanalizowane przez nc+. Tylko w przypadku rozmów jest szansa, że coś się realnie zmieni i że z całej tej akcji rzeczywiście coś wyjdzie. Są już nawet tacy, którzy założyciela Antync+ nazywają „naszym Wałęsą”. Uważam, że jeśli dzięki temu profilowi, a teraz dzięki ewentualnej rozmowie coś się zmieni, to rzeczywiście będzie to wielki człowiek, który ze zwykłego obywatela, może wyrosnąć na wielkiego bohatera i rewolucjonistę…

29.03.2013

Robert Lewandowski uznawany jest w tej chwili za najlepszego polskiego piłkarza. Jest niepodważalnym autorytetem dla wielu dzieciaków, a jego zdjęcia pojawiają się na okładkach popularnych gier. Dla wielu jest idolem, dla innych obojętny, a w naszej kadrze ma status mistrza, bohatera, najlepszego i niepodważalnego gracza w ataku. To dlatego każdy mecz rozpoczyna w podstawowym składzie i nikt inny nie jest brany nawet pod uwagę na tej pozycji. Wymieńcie mi na szybko napastnika w naszej reprezentacji. Ja przyznam szczerze nie wiem kto może grać zamiast „Lewego”, po prostu zapomniałem. Na bramce mamy roszady niemal co mecz, a w ataku w ogóle, mimo złych wyników Roberta.

Gdyby Lewandowski w swoim klubie tzn., w Borussii Dortmund nie strzelił gola od kilku tygodni, to zapewne nie byłby brany pod uwagę w podstawowym składzie. Trener zwyczajnie dałby mu odpocząć. W naszej kadrze strzelił ostatnio gola podczas EURO 2012 w meczu zremisowanym 1:1 z Grecją. Minęło od tamtej pory już 9 miesięcy, a piłkarz ten nie dość, że wciąż jest w podstawowym składzie, to w meczu w ogóle go „nie widać”. Dobra, strzelił dwa gole w ostatnim meczu z San Marino, oba z rzutów karnych. Czy to można nazwać przełamaniem?

Często mówi się, że Lewandowski jest tak dokładnie rozpracowany przez rywala, że nie dają mu pograć. To jednak dziwne, dlaczego w swoim klubie strzelił już 18 goli i prowadzi w klasyfikacji strzelców? Czy tam go nie rozpracowują, a może lekceważą? Tam mu się chce kopać piłkę, gra za odpowiednie pieniądze i biega jak szalony. Kadra zdaje się być dobrą przygodą, przyjechaliśmy zobaczyliśmy i jedziemy do siebie.

Wiem, że krytykowanie takiego piłkarza jest nie na miejscu, a szczególnie przez kogoś takiego jak ja. Człowieka bez osiągnięć i umiejętności. Nigdy nie dorównam Robertowi i nigdy nikt nie pozna mojego nazwiska. Ale z całą stanowczością uważam, że temu piłkarzowi trzeba dać odpocząć. Nie może być przekonany, że znów wyjdzie w podstawowym składzie. Powinien w jego miejsce wejść zastępca, który będzie mu utrudniał wyjście z ławki rezerwowych. Tak, by czuł presję, że musi być lepszy, by trener na niego stawiał. Możemy też godzinami rozprawiać – ale kto jak nie „Lewy”? To jest właśnie dziwne, że trener reprezentacji nie znalazł żadnego następcy, że Polacy nie wiedzą kim jest jego zmiennik. Kandydatów na bramkarza mamy czterech, a na grę w ataku – jednego, zawodnego i niestety niezastąpionego, bo trener nie pokwapił się go nawet wyszukać.

Lewandowski jest zwyczajnie przereklamowany. Strzelone ostatnio przez niego bramki w meczu przeciwko San Marino nie utwierdzają mnie w przekonaniu, że to świetny piłkarz naszej kadry. Dały mi tylko do zrozumienia, że z ostatnią drużyną w rankingu FIFA, która w 150 meczach straciła aż 488 goli, a jej piłkarze to totalni amatorzy, nie można było nie strzelić im gola. Pracują jako ogrodnicy, dostawcy pizzy czy jako kelnerzy. Gdyby z takim przeciwnikiem, Lewandowski nie popisał się golami, to uznałbym tego piłkarza za amatora, jak całą ekipę z San Marino. Strzelił dwa – oba po rzutach karnych….

Powstanie nowej platformy „nc+” zwanej dalej „nic+”, spowodowało falę krytyki, która przelewa się przez internet. Od oficjalnych fan page platformy, po forum i portale branży medialnej. Jeszcze nigdy nie spotkałem się z taką dużą krytyką przez Polaków nawet wtedy, gdy niezadowoleni byli z wyników na EURO 2012. Ludzie gromadzą się na Facebooku i już ustalają plan, by zebrać jak największą liczbę ludzi chętnych do zerwania umowy. Biorąc pod uwagę niezadowolenie dotychczasowych abonentów nie wiem, czy czasami ta akcja nie zakończy się dużym sukcesem.

Mam wrażenie, że nowe hasło platformy „nc+” – „nowa definicja rozrywki” jest idealnie trafiona. Pan Solorz (właściciel Cyfrowego Polsatu) zapewne się śmieje w fotelu i pali cygaro na znak wielkiej kampanii reklamowej jaką przysporzyła im konkurencja. Ludzie zaczynają pisać pozytywnie przenosinach do Polsatu. Krążą już nawet kawały – Jaki jest największy sukces Solorza? nc+!

Ceny pakietów „nc+” są wyimaginowane. Za paczkę kanałów Canal+ trzeba zapłacić 60 złotych! Ci, którzy teraz mieli pakiety za 65 złotych miesięcznie, teraz za podobny pakiet będą musieli zapłacić 119 złotych. Napisałem „podobny pakiet”, bo o dziwo wiele kanałów zniknęło z „nc+”. Na przykład kultowy dla mnie TCM (Turner Classic Movies) czy Cartoon Network. Zabraknie też Universal Channel, CBS Action, 13th Street, Travel i Sportklub. Nie będzie też Trace, ESPN Classic, CBS Drama, CBS Reality, SciFi Channel. W zamian pojawią się – Discovery Historia, TVP Historia, Baby TV, BBC CBeebies, Nick Jr., Disney Junior, Polsat Sport News, ESPN America, Romance, Fox, Sundance, nSport i MGM.

Na stronach money.pl przeprowadzono wywiad z Beatą Mońką, wiceprezes zarządu nC+. Jedno z pytań brzmiało tak:

Nie boi się Pani odpływu klientów? Cyfrowy Polsat już ostrzy sobie zęby na klientów niezadowolonych, a widząc ceny i pakiety mam nieodparte wrażenie, że takich akurat będzie sporo. Według wyliczeń, które pojawiały się w branżowych mediach może to być nawet pół miliona osób.

Na co pani wiceprezes odpowiedziała:

Nie boje się. Jest jeszcze spory potencjał na polskim rynku. Teraz mamy wspólnie około 2,5 miliona klientów i nie oddamy ani jednego. Mało tego, powoli będziemy tę liczbę zwiększali.

Albo pani wiceprezes jest głupia, albo nieprzygotowana do stanowiska jakie zajmuje. Nie słyszałem ani jednego komentarza, który pochwaliłby politykę cenową „nc+”, więc jak można w ogóle liczyć na utrzymanie dotychczasowej liczby abonentów, a nie mówię już o kolejnym wzroście? Nie wiem, czy ta kobieta żyje w takim samym świecie jak my, czy patrzy na niego przez różowe okulary. Nie znając się na zarządzaniu tak wielkim przedsięwzięciem jak satelitarna platforma cyfrowa, nigdy nie zgodzę się z jej przewidywaniami.

W wywiadzie padły również słowa:

Mamy niższe ceny, szczególnie, że wiele osób chcąc oglądać i Cyfrę+ i n miało dwa dekodery, a więc dwa abonamenty. Teraz będzie jeden, więc taniej. Poza tym proszę jeszcze raz sprawdzić pakiety, są elastyczne.

Rozumiem więc, że połączenie platform cyfrowych to przede wszystkim połączenie ich cen. Teraz 100 tysięcy abonentów, którzy posiadali obie platformy będą płacić o 20 złotych mniej, a pozostałe 2,4 milion abonentów będzie płacić 100% więcej. Gratuluję pomysłu i życzę totalnej klapy, bo drogę jaką obraliście zapewne przybliża Was do porażki, niż do sukcesu.

Cały wywiad na stronie:
Money.pl

22.03.2013

Z najnowszej statystycznej analizy wynika, że Polacy zażywają najwięcej leków spośród wszystkich ludzi na świecie! Średnio każdy z nas zażywa 4,2 tabletki w ciągu doby. Część ludzi nie spożywa ich w ogóle, ale za to inni zażywają ich nawet 40, „poprawiając” tym samym statystyki. Polska jest więc świetnym miejscem do pomnażania kapitału przez firmy farmaceutyczne. Sprzyja temu biznes reklamowy, a nawet sami lekarze, przepisując pacjentom leki nie robiąc przedtem żadnych badań. Zazwyczaj przepisują nam to, co zostało im polecone przez przedstawicieli handlowych…

Powyższy tekst został obrany w słowa przeze mnie, ale są to potwierdzone fakty, o których mówią eksperci. Lekarze przepisują nam już nawet witaminy, nie polecając przedtem owoców i warzyw. Wciskają nam antybiotyki bez wcześniejszych badań, a my ufając ich profesji idziemy je kupić do apteki. Przykładem z mojego otoczenia jest moja dziewczyna, która otrzymała lek (nazwy nie podam), którego tekst na ulotce zatrważa.

Lek stosować tylko w warunkach szpitalnych. U jednej na dziesięć osób może wystąpić zatrzymanie akcji serca.

Na lek zastały wydane pieniądze i trafił bez zawahania do kosza. Wielu ludzi nie czyta ulotek, bo zwyczajnie wierzy w to, co zdiagnozował lekarz i przepisał na recepcie.

Wielki wpływ na to co zażywamy mają media. Co druga reklama, to reklama leku. Boli Cię głowa, kolano, masz siniaka, potrzebujesz witamin, nie staje Ci kuśka, masz menopauzę, nie możesz się skupić bądź zasnąć… Chcemy o siebie dbać i żyć wiecznie więc kupujemy rekomendowane leki, przecież pokazali reklamę w telewizji więc wychodzimy z założenia, że nie mogą być szkodliwe. Typowym przykładem zatruć lekami występuje podczas zwykłej grypy. Kupujemy dużą ilość reklamowanych leków i zażywamy by szybciej wyzdrowieć. Efekt mamy tego taki, że leki te niewiele różnią się od siebie składem, więc przedawkowujemy je, a nasz organizm ma jeszcze trudniej wygrać z chorobą.

Niestety wszechobecna reklama preparatów farmaceutycznych prowadzi nas w złym kierunku. Z jednej strony trudno zakazywać reklam w demokracji, ale może warto by na okrągło w programach edukacyjnych przekonywać Polaków, że do apteki powinniśmy się kierować w ostateczności. Może wato by zdjąć leki z półek marketów i stacji paliw. Nie kupowalibyśmy leżących przy kasie leków podczas gdy inni płacą za zakupy. Jednak w całej tej branży nie chodzi o zdrowie, lecz o finansowe zaspokojenie firm farmaceutycznych, aptek i budżetu państwa.

9.01.2013
stat4u