hobby

Czy Jimmy Jump pojawi się na EURO?

24 maja 2012
Kategoria: Blog tagi: , ,

Kojarzycie człowieka, który nazwał się „Jimmy Jump”? Wbiega on na areny sportowe, by pokazać się przed kamerami. Wystarczy, że przeczytacie tylko poniższy tekst i lubicie piłkę nożną, a od razy połapiecie się kim jest. Dla tych, którzy nie znają człowieka polecam film.

Jego najsłynniejsze wtargnięcie na boisko miało miejsce 4 lipca 2004 podczas finałowego meczu EURO 2004 pomiędzy Portugalią i Grecją. Jump wbiegł na boisko, rzucił w twarz Luísa Figo flagę FC Barcelona i wbiegł do bramki rzucając się na siatkę. Portugalczyk był wówczas zawodnikiem Realu Madryt do którego przeszedł w kontrowersyjnych okolicznościach z zespołu Dumy Katalonii – największego rywala Królewskich.

Ten sam człowiek zapowiedział ostatnio, że wybiera się na mecze mistrzostw Europy, by nie tylko kibicować, ale przypomnieć o sobie telewidzom. Ciekawe czy jego zapowiedzi są prawdziwe. Jeśli tak, to zastanawiające jak się zachowa. Czy rzuci w kogoś szalikiem, czy wpadnie do bramki, czy będzie w ubraniu, majtkach czy nago? Niestety jeśli się pojawi, to jest mało prawdopodobne, że widzowie przed telewizorami będą mogli to obejrzeć. Zazwyczaj kamery w takich sytuacjach skierowane są na trybuny, by nie zachęcać innych szaleńców do podobnych wyczynów.

P.S.
Jeśli pojawi się na meczu z Polską, a Ty będziesz na trybunach, to warto zapamiętać. Jeśli np. w meczu pomiędzy Polską i Grecją wpadnie do bramki greków, tzn., że chce, aby mecz wygrali Polacy. W takiej sytuacji wypada bić mu brawo. Jeśli jednak wpadnie do bramki naszej reprezentacji, to wypadałoby go wygwizdać…

Kupić, wypożyczyć czy obejrzeć w kinie?

15 sierpnia 2011
Kategoria: Blog tagi: , ,

Oglądanie filmów zawsze mnie kręciło. Lubię kino grozy, a że w telewizji niekodowanej ze świeczką trzeba szukać emisji, muszę wspierać się w inny sposób. Najczęściej zaopatruję się w filmy z pobliskiej i jedynej wypożyczalni, która podobnie jak telewizja nie szaleje z repertuarem. Od czasu do czasu chodziłem do kina, ale oglądanie filmu wśród tłumu, który często idzie do kina by się pośmiać, lub zaliczyć panienkę, nie tworzy odpowiedniego klimatu. Co prawda jest jeszcze jedno źródło filmów bez ograniczeń i w dodatku bez wydawania pieniędzy – internet. Przyznam jednak szczerze, że nie cierpię filmów w formatach divx, a tym bardziej nie lubię oglądać ich na monitorze komputera.

Jestem fanem horroru już od kilkunastu lat. Od szczeniaka lubiłem podnosić sobie poziom adrenaliny w ten sposób. Widać adrenalina weszła mi w krew i od kilku lat kolekcjonuję filmy z tego gatunku. Na dziś mam ich około 150, więc nie jest to jeszcze jakieś szaleństwo, ale nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa.

W ostatnim czasie kupowanie filmów stało się dla mnie przyjemnością. Jest ona tym większa, im niższa jest ich cena. Dziś ceny niektórych filmów są nieporównywalnie niższe niż jeszcze rok temu. Wiele ciekawych pozycji, a przede wszystkim starych produkcji jest w cenie ledwie przekraczającej 10 zł. Nawet nowe twory takie jak „Halloween” i Halloween 2″ Roba Zombie to koszt odpowiednio 12,99 i 22,99. Niespełna rok temu część pierwsza tej produkcji kosztowała prawie 60 zł, co skutecznie mnie zniechęciło do zakupu. W wypożyczalni mi najbliższej każdy z nich kosztuje 9 zł za dobę. Wyjście do kina na te filmy jest dla mnie zadaniem jeszcze trudniejszym i nie chodzi o cenę biletu (15zł), lecz o brak w ogóle takiej pozycji w repertuarze. W 15-tysięcznym miasteczku 50% filmów w ogóle nie trafia na wielki ekran, a jeśli nie jest bajką na którą przychodzą dzieci z przedszkola i szkoły, nie ma co liczyć na dobry film. Mógłbym jeszcze pojechać do oddalonego o 80 kilometrów Poznania, ale to mija się z celem. W dodatku nie lubię oglądać filmów z napisami.

Przeczuwam, że za czas jakiś wypożyczalnie będą zmuszone do obniżenia cen za wypożyczenie filmu, w innym przypadku wróżę rychły koniec tej profesji. Niektórzy lubią oglądać filmy na tzw., dużym ekranie, czyli kinie. Ja już nie odczuwam satysfakcji z przebywania na sali kinowej z kilku w/w powodów. Dochodzi do tego cena zakupu biletu i kiepski repertuar. Śmiem twierdzić, że w domu na odtwarzaczu DVD, przy dużym ekranie, chipsach i napoju, z pobliską toaletą, domową atmosferą i dziewczyną, można obejrzeć film w idealnych warunkach. W dodatku zamiast kupować dwa bilety za 15 zł, co w sumie daje 30, można zakupić niemal każdy horror na własność na płycie DVD.

Jako konkurencję dla wypożyczalni i kina uważam również usługę VOD. Daje ona możliwość obejrzenia filmu o wybranej porze dnia i nocy bez wychodzenia z domu. W tej chwili jednak chyba zbyt mało ludzi ma do niej dostęp i jest w tej chwili również stosunkowo droga. Podpisanie umowy z platformą cyfrową, zakup odpowiedniego dekodera i opłata za każdy film jest nawet dla wielbicieli kina zbyt kosztownym wyczynem. Jednak wraz z popularyzacją tej formy dystrybucji filmu, będzie ona coraz bardziej powszechna. Czy wyprze kina i wypożyczalnie? Z pewnością!

Zegarek na rękę

5 sierpnia 2010
Kategoria: Blog tagi: ,

Od jakiegoś czasu naszła mnie niezmierna ochota na posiadanie zegarka na ręku. Po niemal dziesięciu latach przerwy w noszeniu poprzedniego – zagubionego zegarka, postanowiłem zakupić sobie coś nowego i oryginalnego. Co prawda wolę zegarki ze wskazówkami niż elektroniczne, ale najpierw trzeba było sprawdzić co dziś jest na rynku i załatać dziesięć lat opuszczonych z powodu małego zainteresowania tym tematem. Oczywiście w tej chwili też nie musiałbym nosić zegarka na ręku, ale wyciąganie telefonu z kieszeni jest już denerwujące.

Zawsze poszukiwania zaczynam od “Allegro”, bo tutaj można spokojnie przejrzeć tysiące ofert różnych sprzedawców. Jako, że wolałem zegarki ze wskazówkami, szukałem wśród takich. Jednak po przejrzeniu kilkudziesięciu stron i setek ofert, nie wpadło mi nic szczególnego w oko. Zacząłem więc szukać wśród zegarków elektronicznych, które również nie przypadły mi do gustu. Leciałem dalej, przeglądając stronę po stronie. Przez przypadek znalazłem naprawdę kilka interesujących zegarków binarnych, na których diody LED wyznaczają godzinę – przykłady graficzne poniżej.

[nggallery id=20]

Każdy z nich ma w sobie coś wyjątkowego. Świecące diody wyznaczają godzinę oraz minuty. Ten w środku jest troszkę bardziej skomplikowany, ponieważ godziny jak i minuty trzeba do siebie dodać uzyskując wynik aktualnego czasu (5:26 pm). Długo nosiłem się z zamiarem zakupu jednego z tych zegarków, ale w ostateczności się wstrzymałem. Głównym powodem tego było to, że za każdym razem gdy chcemy zobaczyć która jest godzina, musimy drugą ręką nacisnąć przycisk “light”, żeby zapaliły się na nim diody. Dla kogoś kto prowadzi samochód, motor, czy pisze szkolną klasówkę, nie byłoby wskazane sięgać drugą ręką do rękawa. W dodatku nieoświetlona tarcza zegara binarnego nie powala swoją urodą, po co więc mi takie cacko?

Po kilku dniach przerwy dalej szukałem zegarkowego kandydata na stanowisko mojego nadgarstka. I niemal natychmiast znalazłem coś interesującego. Zegarki te przypominają liczniki samochodowe, ponieważ zamiast wskazówek elektronicznych czy LED-owych wyświetlaczy, znajdują się na nich koła z godzinami, minutami i sekundami. Kręcą się one wokół własnej osi pokazując trzy wcześniej wymienione parametry. Wskaźnikiem jest linia narysowana na szkiełku zegarka, pod którą liczby z trzech kół wskazują aktualny czas.
[nggallery id=21]

Zegarek znajdujący się w środku powyższej galerii, postanowiłem sobie zakupić. A mówiąc dokładnie, postanowiła to zrobić moja dziewczyna – tak w ramach bez ram, bez okazji. Wygląda on naprawdę ładnie i oryginalnie. Szkoda tylko, że te 10 lat bez zegarka spowodowało, że nie potrafię przyzwyczaić się do ciężarka na ręce. Jeśli miałbym powiedzieć co nieco o zegarku, to nie tylko sam wygląd jest wart uwagi, lecz jego dokładność. Po kilku tygodniach od ustawienia go według zegara telegazety TVP, po dziś dzień nie ma żadnego opóźnienia – nawet sekundy. To dziwne, biorąc pod uwagę, że kosztował zaledwie 36 zł. Choć pasek w połączeniu z zegarkiem wygląda ładnie, to jednak nie jest najlepszej jakości. Czerwone nitki powoli się rozpruwają, a po dłuższym czasie w miejscu zapięcia pasek się zagina.

Wygląd i dokładność nie idą niestety w parze z wygodą. Jest dość duży i ciężki co sprawia, że nie nosi się go wygodnie. Ciągle czuję, że coś przeszkadza mi na ręku, a dyskomfort ten zwiększa się wraz z podnoszącą się temperaturą powietrza – poci się ręka. Również podczas pisania na klawiaturze, gdy opieramy rękę o blat biurka, wyraźnie czuje się sprzączkę uciskającą nadgarstek, a to niemiłe doświadczenie.

Gdybym więc w tej chwili porównał do siebie wady i zalety tego modelu zegarka, to z pewnością więcej byłoby przeciw niż za. Wolałbym kupić zdecydowanie mniejszy i lżejszy zegarek z wygodniejszym paskiem ewentualnie bransoletą. Jeśli jednak ktoś ma duży nadgarstek i ceni sobie punktualność, z pewnością powinien zadowolić się w stu procentach…

Wiszące akwarium

28 lutego 2010
Kategoria: Blog tagi: ,

Od czasu gdy założyłem pierwsze akwarium jako dzieciak, minęło już naprawdę dużo czasu. Wtedy do wyboru w najbliższym i jedynym sklepie zoologicznym w swoim miasteczku, miałem prostokątne akwarium, które w każdym rogu zalane było dużą ilością kleju. Nie wyglądało to ani ładnie, ani estetycznie, ale najważniejsze, że można je było dostać bez stania w kolejce, jak to było chwilę wcześniej za komuny. Samo wyposażenie z tamtych czasów nie może się równać z tym, co mamy teraz. Głośne brzęczki, które po kilku minutach same się regulowały na największą moc podskakując na biurku. Pamiętne grzałki bez termostatu, którymi nieraz niemal nie zagotowałem wody z rybkami, a filtry zamiast robić swoje buczały i rozlewały wodę, chlapiąc ją po pokoju.

Dziś już samo uposażenie akwarium w żwir oraz gadżety takie jak zatopione statki, zamki czy samochody wyglądają bajecznie. W dodatku tła 3D montowane na tylnej szybie naszego małego świata wodnego, dają mu nieodpartego uroku głębi. Same akwaria dziś już niemal w niczym nie przypominają tych sprzed lat. Profilowane przednie szyby, narożnikowe, a nawet zawieszane na ścianie, przyciągają już nie tylko fanatyków akwarystyki, lecz w swej ozdobie przykuwają uwagę ludzi, którzy nigdy wcześniej o tym nie myśleli. To właśnie wiszące akwaria wyglądające jak obrazy, znów zachęciły mnie do odnowienia swojej młodzieńczej pasji i kto wie…

Od zawsze miałem w domu zwierzęta. Chomik, świnka morska, żółw lądowy, papugi, zeberki (ptaszki – mam obecnie), pieski, kotki, królik miniaturka czy rybki nie są mi obce. Wychowywałem się z takim stadem zwierząt, więc prawo dżungli znam niemal od podszewki. Jednak założenie wiszącego akwarium nie jest takim tanim hobby. Najniższe ceny na Allegro to około 500 zł wraz z wyposażeniem – grzałka, oświetlenie, filtr i dodatkowo ramka do akwarium oraz tło 3D. W zestawie znajduje się wszystko, co potrzebne jest do pierwszego rozruchu. Oczywiście żwir, roślinki i rybki to dodatki, w które sami musimy się zaopatrzyć. Możemy również zakupić akwarium zawieszane wraz z małym komputerkiem i wyświetlaczem LED. Choć cena jest dwa razy wyższa od poprzedniego, to jednak ma wiele ciekawych funkcji. Sami możemy ustalać od której do której godziny ma świecić światło, czy wybrać odpowiednie godziny dla pracy filtra. Za pomocą małego komputerka umieszczonego na boku akwarium, sterujemy jego życiem. Pięknie wkomponowany w całość wygląda bardzo estetycznie.

Szkoda tylko, że estetyka najtańszych i najmniejszych egzemplarzy nie idzie w parze z wygodą dla rybek i właściciela. Akwaria o wymiarach 71×71 cm i głębokości 11 cm to zaledwie 18 litrów pojemności. Aby zbudować „raj” dla naszych małych rybek potrzebowalibyśmy co najmniej 60 litrowe akwarium. W dodatku im mniejszy litraż akwarium, tym szybciej zanieczyszcza się woda. Cóż, możemy się w takim przypadku zaopatrzyć w wielkie akwarium stu, a nawet trzystu litrowe, jednak kwota kilku tysięcy złotych zniechęci pewnie nawet wielbiciela akwarystyki…

Jeśli będziecie chcieć znaleźć na Allegro owe akwarium wpisujcie „akwarium wiszące” lub „akwarium ścienne”.

Horror czy porno?

20 stycznia 2010
Kategoria: Blog tagi: , ,

Kiedy „zakochałem” się w horrorach, miałem może 12 lat. W tamtych czasach chodziłem z kolegami do wypożyczalni kaset video i wypożyczaliśmy najstraszniejsze horrory. W połowie lat 90-tych nie było tak szerokiego wyboru jak dziś, a półka szczególnie z działu horroru, który wtedy też nie był popularny, nie była obfita w kasety. Braliśmy filmy, które wydawały się najstraszniejsze, aż do momentu gdy okazało się, że obejrzeliśmy wszystko co było w „naszej kaseciarni”. Od tego momentu zaczęliśmy zdradzać ją z inną okoliczną wypożyczalnią, zaopatrując się niemal we wszystkie tytuły z lat 70-tych i 80-tych dostępnych wtedy w naszym miasteczku. Siedzieliśmy przed telewizorem odpalając odtwarzacz video, który po włączeniu rzucał nieco obrazem i zacinał dźwięk. Od czasu do czasu wciągnął też taśmę, ale i z tym można było się uporać. [..] W ten o to sposób ja i grupka moich przyjaciół zostaliśmy fanami filmów grozy.

Filmy z lat 70-90 były wyjątkowe. Choć akcja zazwyczaj zaczynała się w 70-tej minucie, to i tak miały swój niepowtarzalny klimat. Brak efektów podrzucanych przez komputer, brak scen zdjętych żywcem z filmów sci-fi i brak nudnych ociekających seksem scen było wtedy czymś, czego nie docenialiśmy, a mówiąc szczerze, nawet nie znaliśmy. Nowe filmy z gatunku grozy są bardzo nudne i nie wiem, czy ja już z tego wyrosłem, czy jakość kina mocno upadła. Moja dziewczyna, choć nie przepada za tego typu filmami, to jednak od czasu do czasu da się namówić na wypad do kina. Chcąc zaprosić ją na coś fajnego i poniekąd przekonać do słuszności mojego filmowego zamiłowania, postanowiłem zabrać ją na seans „Piątek 13-go”. Ci, którzy oglądali ten film wiedzą, że niemal w każdej scenie głupie amerykańskie barbie i mnóstwo niewyżytych kenów pierdolą się co rusz. Czułem się zawstydzony przy niej, że zabrałem ją na tak „ambitny” film. Wstyd i zażenowanie wracają do mnie za każdym razem, gdy tylko przejeżdżam obok tego kina, a w dodatku ja zamiast na fana filmów grozy, wyszedłem na erotomana…

Wyciągając osobiste wnioski z obejrzanych przeze mnie horrorów przez okres około 15 lat uważam, że kino się starzeje. Starzeje się na tyle, że niemal niemożliwe jest nagranie czegoś oryginalnego i niepowtarzalnego. Sceny z filmów typu „Teksańska masakra piłą mechaniczną” przekręcają się niemal w każdej nowej produkcji i swoją ilością zaczynają nudzić widza. Gdyby tego było mało, zaczęto też wprowadzać ogrom scen łóżkowych, które starają się przyciągnąć widza nie związanego z filmami grozy, by zapełnić sale kinowe. Wielka szkoda to dla mnie – horroromaniaka, bo zamiast na wielkim telewizorze na dobrym odtwarzaczu, przy niesamowitej jakości obrazu i dźwięku oglądać sceny wzięte z horroru, oglądam zwykły kicz złożony z filmów porno i świetnych scen dobrze mi znanych z innych starych i klimatycznych horrorów. Oddałbym więc wszystko, żeby móc oglądać stare oryginalne filmy, w starej złej jakości obrazu i dźwięku, by cieszyć swoje oko oraz połechtać i zaspokoić swoje potrzeby związane z oglądaniem horrorów…

Adrenalina

31 października 2009
Kategoria: Blog tagi: , ,

Każdy z nas potrzebuje od czasu do czasu nagłego skoku adrenaliny – przynajmniej tak mi się wydaję. Ja uprawiam te bezpieczne skoki oglądając maniakalnie horrory. Niektórzy (czyt. siostra, szwagier, dziewczyna) uważają to za głupie, że cieszę się z oglądania krwawych, pełnych rzezi scen, które wywołują u mnie strach i zadowolenie zarazem. Mam wrażenie, że czasami gdy na mnie patrzą podczas oglądania takich filmów boją się, że sam mógłbym zrobić coś podobnego do tego, co robią złe postacie w horrorach. I mają troszkę racji, choć nie do końca. Gdy oglądam filmy z gatunku grozy i są przy mnie inne osoby, moje zachowanie bywa czasem dziwaczne. Podczas podcinania gardeł, rozpruwania flaków czy innych sadystycznych traktowań przeciwnika, pokazuje się na mojej twarzy uśmiech, który świadczyć może, że mam nie po kolei w głowie. Ale co ja na to mogę poradzić, że zazwyczaj kibicuję żądnemu krwi potworowi, a nie ofierze jak to standardowo bywa. Właśnie dlatego, gdy oglądam film w towarzystwie moje zachowanie może budzić duże wątpliwości.

Uśmiech z twarzy szybko mi znika, albo nawet nie pojawia się wcale, gdy oglądam film sam. Wieczór, najlepiej jesienią lub zimą, za oknem zimno, pada deszcz, i słychać wycie lisów (słyszeliście kiedyś? – o maj gat). Mieszkam bowiem w małej malowniczej wiosce, obok mam tylko trzy domki sąsiadów, którzy odwiedzają mnie raz w miesiącu. Poza mini są tylko pola, lasy i dzika zwierzyna. Pikanterii dodaje duży, piętrowy dom i samotnie spędzane wieczory. Jeśli w takich okolicznościach włączam horror, a szczególnie o duchach zaraz zaczynam słyszeć, że w domu coś się porusza, coś uderzy, a gdy przypomnę sobie, że w tym domu zmarły wcześniej dwie osoby, włosy stają mi dęba.. Oglądając filmy w takich okolicznościach, nie mam na twarzy wymalowanego uśmiechu i nie „kibicuje” już zjawom, czy mrocznym postaciom. Trzęsę się jak galareta, a strach sprawia, że przykrywam się mocno kołdrą.

Mimo tego straszliwego doznania, które rozgrywa się tylko i wyłącznie w mojej głowie, czuję się wtedy przecudownie. Strach, który otacza mnie podczas oglądania filmu i przenosi go do mojego bezpiecznego świat sprawia, że podnoszący się poziom adrenaliny w mojej głowie podprowadza mnie do zaspokojenia swoich ekstremalnych potrzeb. Wiem, że to nie to samo co skok na bandżi czy ze spadochronem, ale też jest przyjemne i co najważniejsze – bezpieczne.

Pirackie Radio

28 maja 2009
Kategoria: Blog tagi:

Odkąd obejrzałem film „Więcej Czadu” z Christianem Slaterem w roli głównej, wpadłem w niegroźną paranoję na punkcie pirackiego radia. Od tego czasu śmiało minęło 15 lat, ale ta paranoja nie znika. Pamiętam jak z kolegami chcieliśmy stworzyć taką rozgłośnię, ale wtedy (lata 97,98) nie mieliśmy dostępu do internetu i zakup takiego sprzętu był praktycznie niemożliwy. Obdzwoniliśmy wszystkie punkty naprawy RTV i staraliśmy się namówić ich pracowników, aby zechcieli skonstruować nam takie cudo. Niestety nie udało się. Kilka lat później, w 2001 roku po mojej przeprowadzce na wieś i po poznaniu kilku ludzi trafiłem na szaleńca z podobną paranoją do mojej. Za pomocą internetu udało nam się zakupić naprawdę dobry nadajnik z anteną.

Buntując się przeciwko komercyjnym radiom, nadawaliśmy muzykę rockową, którą do dziś uwielbiamy. Mieliśmy nawet małą stronę internetową, która miała pomagać nam w promowaniu radia. Nadajnik odpalaliśmy głównie wieczorami, bez konkretnej godziny rozpoczęcia. Po kilku miesiącach jakiś redaktor gazety ogólnopolskiej wysłał do nas e-maila z prośbą o spotkanie i opowiedzeniu mu całej historii naszej misji – po co, dlaczego, za ile. Pamiętam to bardzo dobrze, ponieważ tak oboje napaliliśmy się na to, że będziemy popularni, że o niczym innym nie mówiliśmy. Wtedy po szczegółowym opisie tego, jak miałoby wyglądać nasze spotkanie dowiedzieliśmy się, że ów redaktor chciałby do nas przyjechać i zobaczyć jak na żywo nadajemy i jak to wszystko wygląda. Po wielkiej euforii czas na wielkie boom. Nie zgodziliśmy się na to i cała kariera minęła. Po kilku miesiącach ukazał się artykuł o piratach z Krakowa i Słupska.

Po jakimś roku od pierwszej emisji, nie wiedząc czy ktoś nas słucha, czy ktokolwiek w ogóle o nas wie postanowiliśmy, że nie będziemy więcej wyrzucać swoich żali do eteru. Zastanawialiśmy się jak to jest, że nawet policja się nami nie interesuję – normalnie państwo bezprawia ;). Tak szybko jak zaczęliśmy, tak szybko zakończyliśmy naszą działalność. Problem polegał głownie na tym, że mieszkamy w małej wiosce, a do najbliższego miasteczka dzieliła nas odległość 10 km. Mimo, że słychać nas tam było, słyszalne były szumy i szelesty. Po odłączeniu nadajnika szybko pojawił się on na aukcji allegro. Tak zakończyła się moja przygoda z pirackim radiem.

Od samego początku swojego zainteresowania pirackim radiem przeglądam internet w poszukiwaniu innych stacji radiowych. Widoczny jest w Polsce wielki spadek zainteresowaniem tego typu medium. Przynajmniej strony internetowe, praktycznie wszystkich stacji zniknęły bez śladu. Jedynie w google pojawiają się dwa znane mi już od dawna serwisy – http://www.bzdetka.qs.pl oraz http://www.mmfm.republika.pl.

Mimo, że dziś już jestem starym zgredem, to jednak bardzo żałuję, że sprzedałem swój nadajnik. Nie wiem jak to się stało, że postanowiłem go oddać w obce ręce. Dziś z wielką chęcią wróciłbym do tego. W dzisiejszych czasach promowanie czegokolwiek w tak małym środowisku jest bardzo proste. Wystarczy zainteresować sobą lokalne media, mam tu na myśli internet, a reszta w przekazie z ust do ust trafi wszędzie…

Mój system typów

22 kwietnia 2009
Kategoria: Blog tagi:

Na podstawie systemu „fortuna 100”, opracowałem dość dobry system typów, aby można było uciułać coś dla siebie. Wybieram sobie stawkę od jakiej zaczynam grę i w razie niepowodzenia mnożę ją x2 – jak w progresji. Różnica polega na tym, że nie obstawiam wariantów jedynkowych (zwycięstw gospodarzy) czy remisowych spotkań. Obstawiam remisy w pierwszej połowie we wszystkich meczach ekstraklasy…

Mecze polskiej ligi są w taki sposób ułożone, że nie nakładają się na siebie, ze względu na transmisję wszystkich meczy na dwóch kanałach – Canal+Sport i Orange Sport. W tym przypadku śmiało możemy sobie obstawić wszystkie osiem meczy, a dokładniej mówiąc osiem połówek spotkań. Rzadko się zdarza obyśmy trafili później niż za czwartym razem. Najczęściej trafiamy za drugim, trzecim razem, a często zdarza się kilka trafionych pod rząd.

Przy kursach zazwyczaj 2 zł, wygramy zawsze taką kwotę jaką zaczęliśmy grać. Jeśli zaczynamy grę od 50 zł i trafimy za pierwszym razem, to uzyskujemy wynik 100 zł – 50 zł = 50 zł. Przy tym kursie nawet jeśli trafisz za czwartym razem za 400 zł, to i tak czysty zysk wyniesie 50 zł. Jeśli na osiem meczy, trafisz tylko trzy, to i tak masz 150 zł w kieszeni.

Przedstawiłem Wam swój punkt widzenia. Polecam Wam zainteresować się tymi typami i przeanalizować je sobie najpierw na kartce. Pamiętajcie jednak, że to tylko gra i wszystko może się zdarzyć, dlatego grajcie ostrożnie i nie szalejcie ze stawką początkową.

stat4u