ekonomia

Nowa platforma „nc+”

17 lutego 2013
Kategoria: Media tagi: , , ,

Słyszeliście zapewne, że powstanie wkrótce nowa platforma „nc+”, która ma być połączeniem obecnej platformy Cyfra+ oraz „n”. Nikt jednak nie zna dokładnej daty startu jak i oferty programowej. Mówi się, że start ma mieć miejsce jeszcze przed Wielkanocą. Żeby sprawa była jasna warto powiedzieć, że powstanie nowej platformy nie oznacza, że z rynku zniknie Cyfra+ oraz popularna „enka”. Dlaczego fuzja Cyfry+ i platformy „n” nie zakończy ich oddzielnej działalności?

Słyszeliście kiedyś powiedzenie, że jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze? Zapewne większość z Was zna to powiedzenie, które w tym przypadku pasuje jak ulał. Jest bowiem prawo, które daje abonentom możliwość zerwania umowy bez płacenia umownych kar jeśli platforma zmieni swoją nazwę, ofertę programową czy zmieni ceny pakietów. Nowa platforma cyfrowa to zapewne nowa oferta programowa jak i cenowa, czyli dająca prawo obecnym abonentom na zerwanie umowy. Mówi się, że obecni abonenci oddzielnie działających platform satelitarnych będą mogli dobrowolnie zmienić swoją ofertę na „nc+”, ale dopiero po podpisaniu nowej umowy.

Dziwi trochę fakt, że na miesiąc przed startem „nc+” nikt nie zna dokładnej daty startu jak i nie ma w ogóle informacji co do zawartości pakietów i ich cen. Trwają spekulacje, że podział pakietów będzie podobny do tych jakie ma Cyfrowy Polsat. Pakiety z kanałami sportowymi, dokumentalnymi, filmowymi i bajkami dla dzieci. Wkrótce się okaże…

Gdy TU-154 Wróci do Polski

30 stycznia 2013
Kategoria: Polityka tagi: , ,

Katastrofa pod Smoleńskiem prezydenckiego samolotu TU-154 na nowo nadaje Polakom wymiaru tragedii. Cały naród był w szoku z powodu tak wielkiego dramatu. Mówiono o pojednaniu, zacieśnianiu więzi i jak nigdy wcześniej wydawało się, że w polityce zmieni się coś więcej, niż tylko skład parlamentarzystów w Sejmie. Niestety wszystko szybko wróciło do normy, a później zaczęło przekraczać granicę zdrowego rozsądku…

Minister Spraw Zagranicznych Radosław Sikorski zwrócił się do Rosjan poprzez Unię Europejską o zwrot wraku prezydenckiego samolotu. Jak zwykle w tej sprawie wypowiedzieli się najważniejsi ludzie w Rosji mówiąc, że samolot zostanie zwrócony Polakom dopiero po zakończeniu śledztwa. Putin powiedział więc to samo co mówił wcześniej, przy okazji rozmów o wraku TU-154. Nasuwa się więc pytanie, dlaczego nasz rząd zwraca się do rządu Rosji o zwrot wraku po raz kolejny i to w dodatku za pośrednictwem Unii Europejskiej?

Mówi się, że to dałoby polskiemu rządowi prestiżu, że jak nasi politycy pociągną za „sznurki”, to wrak spadnie na Plac Konstytucji w Warszawie. Nic z tego. Minister Spraw Zagranicznych przyjął na klatę krytykę niemal z każdej strony, bo niby coś robił, ale skutek tego taki, że wraku nie będzie. Nie rozumiem po co ten pośpiech z samolotem. Mówi się na „mieście”, że chodzi o to, by samolot stał się pomnikiem.

PiS chce go skleić poxipolem i ustawić jako pomnik, najlepiej żeby to było przed pałacem prezydenckim lub przed Wawelem w Krakowie, gdzie pochowany został prezydent Lech Kaczyński. Zamiarów innych partii nie znamy, ale zapewne nie zgodzą się oni na ustawienie go tam, gdzie chce lider separatystycznej partii opozycyjnej…

Wydamy dziesiątki milionów złotych by samolot poskładać, a później kolejne miliony, by ustawić go jako pomnik. Politycy zaczną się licytować jakie miejsce byłoby najlepsze, a Jarek aby dolać oliwy do ognia zaproponuje referendum, w którym każdy polak będzie miał możliwość zagłosowania na kilka możliwości. Wydamy z tego tytułu kolejne dziesiątki, jeśli nie setki milionów złotych, by przeprowadzić referendum. Po ogłoszeniu wyników okaże się, że ludzie zagłosowali na opcję Ruchu Palikota, który uznał, że samolot powinien znaleźć się na księżycu, a na jego skrzydłach zostaną ustawione specjalne lasery, które odbijając światło słoneczne sprawi, że widoczny on będzie na Ziemi. To oczywiście wiąże się z wydatkiem kolejnych pieniędzy, by zaspokoić polityczne widzi-misie.

My Polacy nadal będziemy szukać pracy za granicą naszego państwa, by utrzymać specjalne żądania przywódców, a tym którzy zostaną podniesie się podatki. Nadal będziemy trzymać się hasła, że lepiej być nieszczęśliwym i bogatym na uchodźstwie, niż szczęśliwym i biednym w Polsce. Ale to nie wina polityki…

Romet 4E

25 stycznia 2013
Kategoria: Blog tagi: , ,

Firma Romet wyprodukowała samochód elektryczny o mocy 5,4 KM. Ten niewielki pojazd ma trwa tryby jazdy – ekonomiczny i standardowy. Na tym pierwszym rozwiniemy prędkość maksymalną 43 km/h i możemy na jednym ładowaniu przejechać około 180 kilometrów. Tryb standardowy pozwoli nam rozpędzić się do 62 km/h, a przejedziemy na nim między 90 a 120 kilometrów. Ładowanie akumulatorów odbywa się przy pomocy gniazdka elektrycznego i trwa 8 godzin. Koszt jednego „tankowania” to około 6 złotych.

romet 4e

Sam pojazd ma kosztować aż 32 tysiące złotych. Po ośmiu latach trzeba będzie wymienić akumulatory na nowe, których koszt w tej chwili szacuje się na około 8 tysięcy złotych. To pokazuje dobitnie, że nie jest to rozwiązanie ekonomiczne. Koszt pojazdu jest duży, prędkość i ładowność niewielka i zapewne bezpieczeństwo też. Przejechanie 180 kilometrów za 6 złotych to może niewiele, ale przy prędkości 42 km/h to więcej niż 4 godziny podróży. No i nie byłoby można wjechać nim na autostradę.

Nie rozumiem też do końca twierdzenia, że jest to samochód ekologiczny. Może bezpośrednio samochód nie wydziela spalin, ale czego nie wydali rura wydechowa, to zrobi to komin elektrowni. Jest to zapewne samochód dla singla mieszkającego w mieście, gdzie uliczne korki i ciasnota na drodze są standardem. Jeśli wiec ten pojazd przyjąłby się na polskich drogach, trzeba będzie się łapać za portfele. Gdyby tak na nasz rynek trafiły dziesiątki tysięcy samochodów, to zużycie prądu i podwyżki cen byłyby nie do uniknięcia. Większy popyt, wyższa cena. To reguła wolnego rynku.

Polacy są lekomanami!

9 stycznia 2013
Kategoria: Blog tagi: , , , ,

Z najnowszej statystycznej analizy wynika, że Polacy zażywają najwięcej leków spośród wszystkich ludzi na świecie! Średnio każdy z nas zażywa 4,2 tabletki w ciągu doby. Część ludzi nie spożywa ich w ogóle, ale za to inni zażywają ich nawet 40, „poprawiając” tym samym statystyki. Polska jest więc świetnym miejscem do pomnażania kapitału przez firmy farmaceutyczne. Sprzyja temu biznes reklamowy, a nawet sami lekarze, przepisując pacjentom leki nie robiąc przedtem żadnych badań. Zazwyczaj przepisują nam to, co zostało im polecone przez przedstawicieli handlowych…

Powyższy tekst został obrany w słowa przeze mnie, ale są to potwierdzone fakty, o których mówią eksperci. Lekarze przepisują nam już nawet witaminy, nie polecając przedtem owoców i warzyw. Wciskają nam antybiotyki bez wcześniejszych badań, a my ufając ich profesji idziemy je kupić do apteki. Przykładem z mojego otoczenia jest moja dziewczyna, która otrzymała lek (nazwy nie podam), którego tekst na ulotce zatrważa.

Lek stosować tylko w warunkach szpitalnych. U jednej na dziesięć osób może wystąpić zatrzymanie akcji serca.

Na lek zastały wydane pieniądze i trafił bez zawahania do kosza. Wielu ludzi nie czyta ulotek, bo zwyczajnie wierzy w to, co zdiagnozował lekarz i przepisał na recepcie.

Wielki wpływ na to co zażywamy mają media. Co druga reklama, to reklama leku. Boli Cię głowa, kolano, masz siniaka, potrzebujesz witamin, nie staje Ci kuśka, masz menopauzę, nie możesz się skupić bądź zasnąć… Chcemy o siebie dbać i żyć wiecznie więc kupujemy rekomendowane leki, przecież pokazali reklamę w telewizji więc wychodzimy z założenia, że nie mogą być szkodliwe. Typowym przykładem zatruć lekami występuje podczas zwykłej grypy. Kupujemy dużą ilość reklamowanych leków i zażywamy by szybciej wyzdrowieć. Efekt mamy tego taki, że leki te niewiele różnią się od siebie składem, więc przedawkowujemy je, a nasz organizm ma jeszcze trudniej wygrać z chorobą.

Niestety wszechobecna reklama preparatów farmaceutycznych prowadzi nas w złym kierunku. Z jednej strony trudno zakazywać reklam w demokracji, ale może warto by na okrągło w programach edukacyjnych przekonywać Polaków, że do apteki powinniśmy się kierować w ostateczności. Może wato by zdjąć leki z półek marketów i stacji paliw. Nie kupowalibyśmy leżących przy kasie leków podczas gdy inni płacą za zakupy. Jednak w całej tej branży nie chodzi o zdrowie, lecz o finansowe zaspokojenie firm farmaceutycznych, aptek i budżetu państwa.

Fotoradary

3 stycznia 2013
Kategoria: Blog tagi: , , ,

Często w telewizji mówi się o fotoradarach. Nowe urządzenia, które trafiają do Polski coraz gęściej „zasiewają” nasze ulice. Porównuję je do prostytutek, które stoją przy ulicy. Niby wszystkim przeszkadzają, ale korzystają tylko ci, którzy chcą. Podobnie jest z fotoradarami, niby ludzie ich nie lubią, ale korzystają z nich z własnego wyboru. Są przecież oznakowane. Jedni twierdzą, że służą one bezpieczeństwu inni zaś, że służą do wyciągania pieniędzy z kieszeni kierowców. Nie jest jednak tajemnicą, że budżet państwa liczy w tym roku na 20 milionów złotych w budżecie z tytułu mandatów. Naprawdę pokaźna suma pieniędzy, ale czy na pewno to dobry sposób na walkę z piratami drogowymi?

Kilka dni temu sam stałem się „ofiarą” fotoradaru. Na prostym odcinku drogi, z dwoma pasami w jednym kierunku, pasem zieleni i barierkami energochłonnymi oddzielającym oba kierunki, postawiono znak 60 km/h. Fotoradar pierdolnął mi zdjęcie, a ja nawet nie zdążyłem się uśmiechnąć. Wina leży po mojej stronie i nie zamierzam się wykręcać od odpowiedzialności. Nie rozumiem jednak, dlaczego na tak bezpiecznej drodze, stawiane są fotoradary? Czy nie po to, by łapać rozpędzonych kierowców i nabijać kasę?

Najbardziej zaszokował mnie list, który wysłany został z Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego. Zawartość przesyłki nie zawiera zdjęcia, ponieważ:

na podstawie art. 67 / 2 oraz art 38 /1 kodeksu postępowania w sprawach o wykroczenia w zw. z art. 156 / 1-4 kodeksu postępowania karnego, zdjęcie zarejestrowanego wykroczenia nie jest udostępniane.

W związku z tym nie otrzymałem zdjęcia udowadniającego moją winę i mam prawo:
1. Przyznać się do winy. Następnie zgodzić się na przyjęcie mandatu lub odmówić jego przyjęcia. W drugim przypadku spotkamy się w sądzie.
2. Wskazać kierującego podjazdem wypełniając jego dane.
3. Nie wskazać winnego i nie przyznać się do winy, za co zapłacę wyższy mandat.

Kto wbrew obowiązkowi nie wskaże na żądanie uprawnionego organu, komu powierzył pojazd do kierowania lub używania w oznaczonym czasie podlega karze grzywny do 5.000 złotych (art. 96 / 3 kodeksu wykroczeń).

Rozumiem, że mogę przyznać się do winy i zapłacić mandat w wysokości 200 złotych i otrzymać 6 punktów karnych. Mogę wskazać kierującego i on dostanie mandat i punkty. Mogę nie przyznać się do winy i zapłacić 300 złotych mandatu, nie otrzymując punktów. Wywnioskowałem, że punkty karne można sobie kupić, ale co trzeba zrobić, żeby przedstawiono mi zdjęcie? Czy w demokratycznym rzekomo kraju, można kogoś oskarżyć i uznać za winnego nie przedstawiając mu dowodu? Z listu wynika, że można.

Aby mieć wgląd do dokumentacji w tym do zdjęcia, musiałbym odmówić przyjęcia mandatu i spotkać się w sądzie. Pamiętać należy, że sprawa odbędzie się na terenie, w którym wykonano zdjęcie. Choć Inspekcja Transportu Drogowego zapewnia, że odrzuca zdjęcia co do których nie ma pewności – np., gdy na zdjęciu są dwa pojazdy, to jednak nie ma co do tego pewności. Istnieje prawdopodobieństwo, że instytucja wystawiająca mi mandat doskonale wie o tym, że wykonane zdjęcie zawiera nieprawidłowości, a „winny” ma daleko do miejsca w którym zrobiono mu zdjęcie. Przecież nie pojadę do oddalonego Krakowa o 450 kilometrów tylko po to, by podważyć swoją winę lub jakość zdjęcia oraz uniknąć mandatu 200 złotowego.

Gdybym poszedł z tym do sądu i tak samo postąpiliby wszyscy inni, sądy miałyby dużo pracy, a w takim przypadku może prawo zostałoby zmienione i zdjęcia przychodziłyby wraz z przesyłką. Podkreślam raz jeszcze, nie neguję swojej winy, ale chcę mieć w tej sprawie dowód popełnienia wykroczenia. Postanowiłem, że odmówię przyjęcia mandatu i spotkam się w sądzie dla zasady dobrego smaku. Jeśli zostanę obciążony kosztami sprawy, będę musiał powiedzieć swoje trzy zdania na temat moich praw obywatelskich…

Niestety hasło kluczowe dzisiejszych czasów “kryzys”, zostało tak mocno rozreklamowane i jest tak daleko idąca potrzeba okradania obywateli, że kupuje się setki fotoradarów by łatać przysłowiową “dziurę budżetową”. Jestem zdania, że lepiej by było w to miejsce zatrudnić “watahę” policjantów, którzy trzymaliby kontrolę nad bezpieczeństwem nie tylko na drogach, ale także miastach, miasteczkach i wsiach. Ludzie mieliby też dzięki temu pracę. Z drugiej strony rozmowa z policjantem, który wypisuje mandat działa lepiej na wizerunek policji jako instytucji. Człowiekowi wygłoszona zastaje “homilia”, daje mu się rozgrzeszenie i następuje pokuta. W przypadku świadomości o zrobionym zdjęciu z fotoradaru przeklina się policje przez kilka dni, wyładowując swoją złość i frustrację na lewo i prawo…

Fotoradary pewnie zdążą na siebie zarobić, ale jestem przekonany, że w niedalekiej przyszłości nie zarobią nawet na swoje utrzymanie. W Polsce podobnie jak w Niemczech, ludzie nauczą się jeździć wolniej, a szczególnie w miejscach gdzie ustawione są fotoradary. Zapewne mają i będą mieć one wpływ na bezpieczeństwo na drogach, jeśli usytuowane będą rzeczywiście w miejscach newralgicznych, a nie na dwupasmowych drogach daleko poza miastami czy wioskami. Przekonany jestem również, że fotoradary będą pełnić rolę edukacyjną, a kierowcy (w tym ja) nauczą się kultury bezpiecznej jazdy…

Sylwester

31 grudnia 2012
Kategoria: Blog tagi: , , ,

Dziś Sylwester. Kojarzy się z przywitaniem nowego roku, fajerwerkami, tańcem i alkoholem. Ponieważ z alkoholem nie jestem na „ty”, zauważam więcej dziwnych okoliczności niż ci, którzy tego dnia lubią sobie wypić. Ludzie masowo wykupują fajerwerki, a ich sprzedawców uważam za największych szczęśliwców. Nie dość, że sprzedają swój towar jak świeże bułeczki i zarabiają na tym, to w Sylwestra mogą popatrzeć jak wybuchają, bez konieczności ich zakupu.

Organizowane są imprezy taneczne, parkiety sal zapełnione są ludźmi, którzy wydają niemała sumę by tańczyć i spożywać alkohol w towarzystwie. To chyba świetny dzień, by wziąć ślub. Zamiast wydawać pieniądze na bale, można zorganizować swój wraz z pokazem sztucznych ogni. Rodzina będzie zadowolona, bo będzie to darmowa impreza, która w dodatku nie psuje im szyków na weekend…

Z prywatnych libacji, uchlani ludzie maszerują na rynek miasta by zobaczyć sztuczne ognie, bądź samemu przyłączyć się do pokazu. Niektórzy są tak pijani, że nie wiedzą w co wkładają petardy. Te wybuchające wrzucają do kosza, rzucają pod nogi, samochody i balkony. Te, które mają za zadanie polecieć w „kosmos” i tam wybuchnąć, wbijane są w ziemię, bądź ustawiane pod kątem, by poleciały w tłum.

Jak się mówi: są rzygi, jest impreza. Ulice i chodniki zarzygane, oszczane, a czasami osrane. Szczątki po spadających fajerwerkach przez miesiące zalegają na ziemi. Pijani krzyczą, przewracają się, wchodzą na ulicę bez upewnienia się, czy nadjeżdża samochód. Świętowanie imienin Sylwestra w taki sposób i tak hucznie, uważam za przereklamowane.

Sylwester to świetny dzień dla ludzi, którzy lubią odwalać popisy, a później przez połowę stycznia gadać o tym wśród znajomych. To dobry dzień dla sklepów monopolowych, sprzedawców sztucznych ogni i lokali organizujących przyjęcia. Najgorszy to dzień dla zwierząt, które boją się wybuchów. Dość nieciekawa to zabawa dla ludzi trzeźwych, którzy patrzą na te nie rzadko żenujące popisy z ulicy. Jednak najgorszy dzień to 1 stycznia. Jeśli ktoś wstanie o poranku, niech wyjdzie na ulicę i posłucha tej przygnębiającej ciszy. Do świtu fajerwerki wybuchały w różnych częściach miast i wsi, poranek jest tak cichy, że aż szumi w uszach.

Fuzja Cyfry+ z platformą „n”

1 grudnia 2012
Kategoria: Media tagi: , ,

Wczoraj oficjalnie poinformowano, że platformy cyfrowe Cyfra+ i „n” połączą swoje siły. Wkrótce będzie to jedna platforma cyfrowa zwana „nc+”. Rozumiem, że fuzja przyniesie w przyszłości wymierne korzyści abonentom, ale czy zmiana nazwy i wizerunku to dobry krok? Jak głoszą oficjalne komunikaty, po połączeniu dwóch platform powstanie jedna, wiodąca na polskim rynku. Nie do końca zgadzam się z tytułem „wiodąca”, nadal będzie o milion abonentów gorsza od Cyfrowego Polsatu i znajdzie się na drugim – ostatnim miejscu.

Połączenie przyniesie wiele korzyści dotychczasowym abonentom. Canal+ dostępny dla posiadaczy obenej „enki” i filmowe kanały nPremium oraz nSport dla posiadaczy dotychczasowej „Cyfry”, to nie lada gratka. Pytanie się tylko nasuwa, czy fuzja rzeczywiście przyniesie wymierne korzyści finansowe dla abonentów? Wierzę w zapowiedzi, że po połączeniu w jedną platformę, przyniesie to korzyści finansowe nc+, ponieważ nie trzeba będzie do obsługi abonentów dwóch siedzib i dwóch sztabów ludzi. Nie wierzę jednak, że ceny pakietów w jakikolwiek sposób „pójdą” w dół. Więcej kanałów, większe oczekiwania finansowe.

Wydaje się, że teraz nc+ przystąpi do ofensywy i jeśli zmniejszy ceny pakietów, będzie w stanie dogonić ilością abonentów Cyfrowy Polsat. Lider naszego rynku nie ma aż tak ciekawej oferty programowej, ale ceny pakietów przyciągają zwykłego zjadacza chleba. Sam z chęcią przeszedłbym do Polsatu, ale bez Canal+ żadna oferta nie będzie w stanie mnie zadowolić. Liga polska, angielska, hiszpańska, francuska oraz ciekawe filmy to oferta, bez której nie wyobrażam sobie telewizora.

Gdyby więc obie platformy Cyfra+ i Cyfrowy Polsat zbliżyły się wynikami pod względem abonentów, to jedynym ciekawym rozwiązaniem na przyciągnięcie nowych będzie usługa „a la carte”. Daje to możliwość zakupu abonamentu na wybrane kanały, a nie pakiety. Na przykład w Cyfrze+, aby mieć dostęp do stacji TCM (Turner Classic Movies), trzeba zakupić pakiet za minimum 77 złotych na miesiąc. Teraz trzeba poczekać na wyniki fuzji i przekonać się, czy oferta programowo i finansowo jest ciekawsza od obecnych ofert.

Masowa produkcja samochodów

29 listopada 2012
Kategoria: Blog tagi: ,

W 2011 roku sprzedano na całym świecie prawie 76 milionów samochodów, a jednak sytuacja firm motoryzacyjnych jest dramatyczna. Mimo tego, że samochód posiada prawie co siódmy człowiek na świecie, to sytuacja wielkich koncernów się nie poprawia. Dlaczego tak się dzieje? Nie jestem w tej dziedzinie fachowcem, ale skoro marki motoryzacyjne sprzedają setki tysięcy pojazdów i są w dołku finansowym, to oznacza, że sprzedają samochody po zbyt niskiej cenie, posiadają zbyt wiele fabryk i pracowników.

Przyznam szczerze, że nie stać mnie na zakup nowego samochodu, nie mówiąc już o samochodzie z wyższej półki. Jednak samochody według mojej opinii są niezwykle tanie w porównaniu do innych produktów. Na przykład poszukując w internecie drewnianych schodów, koszt sięgał od 7 do 23 tysięcy złotych. Przyznajcie, że gdybyście się uparli, to sami bylibyście w stanie je zrobić. A kto z Was potrafi wyprodukować samochód? Jeśli potraficie jedno i drugie, to policzcie jakie poniesiecie koszty kupując choćby gotowe podzespoły.

Schody może wyprodukować “byle” stolarz. Może je zrobić na odwal się, bez atestów i drogich zezwoleń. Produkcja samochodu to wielkie przedsięwzięcie, na które trzeba mieć pomysł, projekt, wykonać setki testów bezpieczeństwa, otrzymać certyfikaty, stworzyć park maszynowy, uzyskać zezwolenia, stworzyć sieć sprzedaży, zbudować cała flotę pracowników i inżynierów, aż w końcu wypromować markę i dotrzeć do klienta.

Rozumiem, że właściciel i założyciel firmy Ford gdy tworzył pierwszą taśmę produkcyjną swoich samochodów na masową skalę, zmuszony był do takiego kroku. Produkując kilka samochodów dziennie nie był wstanie sprostać zapotrzebowaniom rynku. Chętni czekali w kolejce po swoje auto. Dziś 100 lat później, sytuacja jest z goła odmienna. Samochody “czekają” na parkingu, a firmy i dealerzy prześcigają się z promocyjną ofertą, aby tylko samochód nie rdzewiał przez kolejne miesiące.

W dzisiejszych czasach liczy się nie to ile dana firma zarobiła pieniędzy, tylko ile sprzedała samochodów w danym roku i która przez najbliższe 12 miesięcy będzie wiodła prym na rynku światowym. To właśnie masowa produkcja samochodów sprawia, że popyt jest niższy od podaży. Co prawda niewyobrażalne jest produkowanie samochodów na małą skalę, ale zmniejszenie ilości fabryk, a co za tym idzie podwyższenie nieco ich cen nadałaby tej branży sensu.

Wolny rynek i demokracja to podobno najlepsze rozwiązanie na Ziemi. Jednak konkurencja za wszelką cenę sprawia, że towary sprzedawane są po zaniżonych cenach, a firmy produkujące samochody muszą sprzedać ich setki tysięcy rocznie, by wyjść na zero.

stat4u