Fantastyczny
Blog Kurdu.pl'a
11.11.2016

Pisanie o naszej reprezentacji piłkarskiej w ostatnim czasie nie sprawiało mi przyjemności. Przyznaję jednak, że pojedynek w eliminacjach do mistrzostw świata z drużyną Rumunii i to jeszcze na wyjeździe była dla mnie ogromną przyjemnością. Nie tylko dobry wynik 0:3 w Bukareszcie jest dobrą wiadomością, ale także styl w jakim ten mecz wygraliśmy.

Śmiało powiem, że to był jeden z najlepszych meczów naszej reprezentacji jaki widziałem od ponad dwóch dekad. Może statystyki nie powalają aż tak bardzo, ale wizualnie trzymaliśmy Rumunów na dystans. Dziś nawet źle kopnięta piłka przez „naszego” i tak trafiała tam, gdzie powinna. Udawało się wszystko, a to tylko dlatego, że graliśmy wysokim presingiem. Co ważne, po strzeleniu gola w 11. minucie meczu nie murowaliśmy swojej bramki, lecz nadal parliśmy na rywala. I to właśnie tego oczekuję od naszych piłkarzy.

Dziś 11 listopada, w święto odzyskania przez Polskę niepodległości nasi piłkarze sprawili nam kolejny powód do świętowania. Warto też podkreślić, że Polacy w Warszawie na pochodach nie pobili się, a to kolejny powód do zadowolenia. Warto pamiętać ten dzień, bo tyle dobrych wydarzeń jednego dnia pewnie nie prędko się powtórzy.

Mecz w Bukareszcie to nie tylko wydarzenia sportowe. Naszych kibiców obrzucano racami i petardami. Gdyby tego było mało race poleciały także na pole karne Fabiańskiego i o mały włos petarda nie wybuchła na głowie Lewandowskiego. Myślę, że te sytuacje też nie przejdą bez echa. Wróżę puste trybuny w kolejnym meczu Rumunów u siebie, ale to na szczęście w tej chwili nie nasz problem…

3.11.2016

Przypadkiem natrafiłem na „jakiś tam program”, w którym pokazywane są cztery gadżety. Te, które spodobają się inwestorom wychodzą dalej w świat. Co prawda urządzenie o nazwie Prynt nie wygrało, ale zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Jest to nakładka na smartfona, dzięki której po zrobieniu zdjęcia możemy od razu je wydrukować, podobnie jak z polaroida.

prynt

Wyobrażasz sobie, idziesz na rodzinną imprezę np., święta Bożego Narodzenia, zasiadacie przy wigilijnym stole, nagrywasz film i drukujesz jeden kadr, a następnie rozdajesz go gościom w formie papierowej. Ale by mieli zonka, co? Urządzenie to oprócz drukowania rozpoznaje także zdjęcia. Jeśli nagrałeś film, i z tego filmu wydrukowałeś jeden z kadrów i to wydrukowane zdjęcie położysz przed telefonem, rozpozna go, odnajdzie w pamięci film i będziesz mógł go odtworzyć przypominając sobie to wydarzenie. Najlepiej to urządzenie przedstawi krótki film.

Myślę, że sama cena urządzenia nie jest aż tak duża 149 dolarów. Niestety samo urządzenie jest dość duże i na pewno nie schowasz go do kieszeni. Mieści w sobie tylko 10 kartek papieru fotograficznego, który możesz kupić tylko na stronie producenta. Oczywiście należy także pamiętać, że zdjęcia nie są zbyt duże.

Co prawda zdjęcie możesz dziś drukować w dowolnym formacie na własnej drukarce, a jeśli nie, to możesz za „kilka groszy” wywołać je u fotografa. Mimo tego gadżet ten wywarł na mnie duże wrażenie. Gdyby kogoś to zainteresowało to odsyłam do strony https://www.prynt.co

21.10.2016

Od dawna słychać, że szykuje się w Europie coś większego i gorszego niż atak ruskich na wschodnią Ukrainę czy naloty na Syrię. Gdybyśmy wsłuchali się dokładnie w ludzi, którzy zajmują się armią moglibyśmy dostrzec, że Rosja może zajść wiele dalej i mam tu na myśli to, że to Polska może wkrótce tworzyć nowy ZSRR tworzony przez Putina. Tymczasem w Polsce Minister Obrony Narodowej (MON) pan Macierewicz mówi o tym, że Polska armia nie jest w stanie bronić się przez atakiem kogokolwiek, nie mówiąc już o ataku potęgi zwanej „Rosją”. Gdyby tego było mało, na okładce nowego „Do Rzeczy” były generał „GROM” pan Polko ostrzega, że „na razie jesteśmy bezbronni” i insynuuje, że „Rosja może uderzyć za kilka miesięcy”.

do-rzeczy2

Wszystkie te informacje zapewne przydatne są władzom Rosji. Wiedzą, że w Polsce nie mają się czym bronić i wiedzą, że zachód nie stanie po naszej stronie. W dodatku o wszystkim dowiedzieli się nie od rodzimych służb specjalnych, lecz od naszych generałów i ministrów pełniących rolę obronną. – Czyż to nie żałosne? Oczywiście nie jest tajemnicą, że nasz sprzęt wojskowy w dużej części to muzeum. Ja wiem o tym choćby z własnego doświadczenia gdy odbywałem zasadniczą służbę wojskową. Lufy 40-letnich Kałasznikowów powyginane, hełmy z drugiej wojny światowej, samochody, koparki i czołgi odpalane raz w roku i przygotowywane do tego przez kilka miesięcy. Ale mówiąc o tym nie pełnię roli ministerialnej, nie byłem generałem, więc mój głos jest nic nie znaczący i niesłyszalny.

Odnoszę wrażenie, że to całe gadanie o tym, że nasze wojsko jest źle wyposażone służy tylko po to, by można było powiedzieć, że ośmioletnie rządy Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego doprowadziły do upadku Polskiej armii. Prawdą natomiast jest, że nasze armia posiada pewnie jakiś nowy sprzęt, ale opiera się głównie o ten, który zostawili ruscy, gdy opuszczali nasz kraj. Wydaje się także, że straszenie pana Polko czy Macierewicza wojną z Rosją służy tylko temu, by w razie takiej wojny powiedzieć „a nie mówiłem?” i ewentualnie w razie wojny podkreślać, że „to oni (PO+PSL) zostawili nam bezbronną armię”. 

Jesteśmy bezbronni, mówi generał Polko. W podobnym tonie wypowiada się pan Macierewicz (MON). W rzeczywistości może i jesteśmy bezbronni, ale panowie na tak wysokich stanowiskach można powiedzieć rozbroili Polskę na oczach całego świata. W moim odczuciu za takie wypowiedzi jednemu powinny spaść pagony z ramion, a drugi powinien uciekać na Syberię, by chronić się za Putinem ratując życie za wyjawienie tajemnicy państwowej…

18.10.2016

Po 21-latach Legia Warszawa awansowała do ligi mistrzów. Po losowaniu grup wszyscy łapali się za głowy gdy zobaczyli, że rywalami będą Real Madryt, Borussia Dortmund i Sporting Lizbona. Są też tacy, którzy mówili, że wielkim sukcesem będzie strzelenie tym rywalom choćby jednego gola. Dziś udało się Legii strzelić tego gola i to nie byle gdzie bo na Santiago Bernabeu w meczu przeciwko Realowi Madryt. Niestety strzelony gol strzelonym golem, ale Real strzelił ich 5. Po pierwszym meczu z Dortmundem u siebie przegranym 0-6 śmiano się, że podobno zmieniono numer kierunkowy do Warszawy na 0-6. Co prawda już zera z przodu nie będzie dzięki bramce z rzutu karnego dla Legii Warszawa, ale jak wiadomo, już przed numerem kierunkowym zera się nie wbija, więc 22 jako bilans straconych bramek po sześciu meczach w lidze mistrzów jest jak najbardziej do „osiągnięcia”.

Występy Legii Warszawa w lidze mistrzów są pośmiewiskiem dla kibiców, klubu i polskiego futbolu, ale czego nie zrobi się dla pieniędzy. Nawet właściciele klubu ze stolicy na tyle się ze sobą pokłócili, że medialnie obrzucali się oskarżeniami, pseudokibicom nie wytrzymały nerwy i mecz o stawkę z Realem Madryt przyjdzie im grać przy pustych trybunach. To trochę tak, jakby przyjechała na „Narodowy” Madonna i zaśpiewała do krzesełek. – Przykre.

Stan naszego futbolu mówi mi, że jesteśmy za Europą daleko… daleko z tyłu. Występ Legii dla naszych klubów z rodzimej ligi powinien być przestrogą do tego, że zdobycie mistrzostwa jest co prawda fajną sprawą, ale najlepiej awansować z niej najdalej do ligi europejskiej. Tam rywale są w zasięgu ręki, a poza tym to puchar pocieszenia dla klubów z zachodu i traktują te rozgrywki ulgowo, wstawiając do składów rezerwowych. To daje szanse klubom choćby z polski na dowartościowanie się w Europie.

Drodzy czytelnicy. Nie łudźmy się, nigdy nie dogonimy lig z zachodu, bo w Polsce nie ma klimatu na futbol. – W dosłownym tego słowa znaczeniu. Kto chciałby inwestować w ligę, której przerwa zimowa trwa 2 miesiące? Poza tym, kto chciałby grać w lidze, które nie ma letniej przerwy między sezonami? Poza tym za dużo u nas w klubach prezesów „Kręcinów”, by mogło się to udać. Na koniec napisze tylko, że gorzki jest smak ligi mistrzów i w przyszłym sezonie będę się mocno zastanawiał, czy chciałbym aby klub z polski awansował tam ponownie. Dla piłkarzy i kibiców mam pocieszenie, bo na szczęście z pierwszego miejsca w Ekstraklasie nie ma bezpośredniego awansu do ligi mistrzów, więc do boju panowie, do boju.

16.10.2016

Każdy z nas, bez wyjątku powinien mieć swój katalog wartości. Według mnie, sport jest sposobem na to, by żyło się lepiej, zdrowiej, sympatyczniej, w symbiozie z ludźmi itd. W życiu jest jednak tak, że sport jest sposobem na życie. Pamiętam jak podczas meczu piłkarskiego pomiędzy Polską a San Marino mówiło się o tym, że bramkarz naszych rywali jest kelnerem, obrońca strażakiem, napastnik pracuje w banku, a trener po zgrupowaniu jest stolarzem. Zawsze gdy się o tym mówi pojawia nam się uśmiech na twarzy, jakby to było coś nienormalnego. A tymczasem są na świecie sportowcy, którzy jedyne co potrafią robić to uprawiać swoją dyscyplinę sportu i zarabiać na tym tyle, że nie śniło się to nikomu normalnemu.

W świecie, w którym przyszło nam żyć są wartości, które wywracają ład w stosunku do tego co mieliśmy 100 lat temu do góry nogami. Piłkarze zarabiają miesięcznie po 200 tysięcy funtów (milion złotych) tylko dlatego, że kopią piłkę. Podobnie jest z innymi sportami i weźmy tu np., tenis. Ludzie przez całe życie grają tylko w tenisa i jeśli uda im się wybić, zarabiają na nim miliony złotych. A tymczasem są ludzie, którzy zajmują się rolnictwem, sprzątają ulice, wywożą śmieci, pilnują bezpieczeństwa i zarabiają marne grosze ledwie wiążąc niekiedy koniec z końcem.

Oczywiście taki sportowiec też musiał włożyć wiele wysiłku w swoim życiu, by być tam gdzie jest. Ale uprawianie sportu dla pieniędzy i podporządkowywaniu się właśnie temu, jest według mnie nie tyle nieetyczne co niemoralne. Jakoś tak się dzieje w naszym świecie, że im jesteś mniej wart dla społeczeństwa, tym więcej zarabiasz. Jeśli zabrakłoby ludzi pracujących w rolnictwie, zdychalibyśmy z głodu. Jeśli zabrakłoby ludzi pilnujących bezpieczeństwa, zapanowałaby anarchia. A jeśli zabrakłoby ludzi sprzątających po nas, to mielibyśmy smród kiłę i mogiłę. A gdyby tak zabrakło sportowca zarabiającego miliony…. – to co? – Nie obejrzelibyśmy go na Eurosporcie, ale za to moglibyśmy oglądać ludzi, którzy uprawiają sport, bo go kochają, a zarabiają na czymś całkiem innym. Mielibyśmy sportowców, których warto by było naśladować i kto wie, jeśli wzięlibyśmy się za sport tak samo jak oni, to moglibyśmy ich dogonić i być może zagrać na kolejnych mistrzostwach czy olimpiadzie?

Pieniądz nakręca nasze życie. Dzięki temu możemy dziś korzystać z nowoczesnych metod leczenia, komputerów, internetu, samochodów, pralek i wszystkiego tego co mamy. A wszystko tylko dlatego, że chęć zarabiania popycha nas do wymyślania genialnych produktów, które zrewolucjonizują świat, ale i dadzą nam fortunę. Pieniądze także w sporcie mają wielkie znaczenie, ale jak się słyszy o transferach piłkarzy za 100 milionów euro, czy zarobkach miesięcznych sięgających kilku milionów złotych, to sprawia to, że sport jest wypaczony. Jak patrzymy na mistrzów kolarstwa, bokserów, czy innych siłaczy, którzy dla sławy i kawałka „złotej blachy” szprycują się testosteronami i innymi gównami, to aż człowieka żał ściska że na to idą nasze podatki…

25.09.2016

Odkąd żyję, słyszę hasła typu „czas zreformować służbę zdrowia”. Nikt tak naprawdę nie wie co zrobić, by poprawić jej stan. Mam na myśli zlikwidowanie kolejek do specjalistów, czy poprawienie sytuacji finansowej lekarzy i pielęgniarek. Prawo i Sprawiedliwość chce zlikwidować NFZ inni zaś uważają, że musi być jakiś organ nadzorujący finanse. Co prawda nie jestem znawcą tematu, ale gdybym to ja miał zająć się ochroną zdrowia, wprowadziłbym do szpitali – zdrowe zarządzanie nim jak i ustalił zasady.

W pierwszej kolejności musimy sobie odpowiedzieć na pytanie. – Czy szpital jest instytucją zarabiającą na siebie, czy obiektem pożytku publicznego, mającego na celu ratowanie życia i zdrowia pacjenta? Na to pytanie odpowiadam, że komercyjna działalność może mieć miejsce w szpitalu czy przychodni prywatnej, a w szpitalach finansowanych ze składek tak być nie może.

Dziś jest tak, że przychodzi pacjent do szpitala, a dyrektor i ordynator oddziału na który trafił musi kombinować i wpisać w kartę pacjenta po co tu w ogóle przyszedł. Jeśli ma „tylko” stan przed zawałowy, to jego pobyt w szpitalu jest nierentowny. Gdyby miał zawał, no to NFZ zapłaciłoby za takiego pacjenta dużo kasy. – No, ale ten akurat nie ma, więc wyślijmy go do domu. Nie ma sensu robić EKG, bo NFZ za to nie zapłaci, albo nie róbmy USG, bo dziś już wykonaliśmy trzy takie badania, a czwarte przekroczy budżet danego dnia.

Absurd w naszej służbie zdrowia leży w tym, że wszystko musi mieć finansowy sens. Lekarz pracujący w szpitalu pracuje na sprzęcie, który zakupiony został z funduszy NFZ, a sprzęt ten dostępny jest w ramach tegoż NFZ dla trzech pacjentów dziennie. Kolejne 7 godzin lekarz korzysta z niego w ramach własnej prywatnej działalności. Brzmi jak absurd, ale tak właśnie jest. Żeby ukrócić tego typu działania, należy podpisywać z lekarzem umowę na daną kwotę i wykonywanie usług. Przykład: – Lekarz dostaje 20 tysięcy miesięcznie, ale pracuje przez 5 dni w tygodniu na sprzęcie USG przez 7 godzin dziennie.

Jestem zdania, że lekarze powinni zarabiać naprawdę godnie. Nie zazdroszczę im luksusowych samochodów czy domów. Mają pracę odpowiedzialną, muszą się ciągle kształcić i być na czasie z medycyną, bo jej rozwój i postęp idzie szybciej niż w branży komputerowej. Niech zarabiają dobre pieniądze i niech one motywują ich do pracy. Podobnie jest z pielęgniarkami. Niech zarabiają np. średnią krajową, bo oprócz wylewania gówna z kaczek, podają także leki co również wiążę się z odpowiedzialnością.

Dyrektorzy szpitali nie powinni być po to, by umieć kombinować i oszukiwać NFZ biorąc pieniądze za niewykonane usługi. Dyrektor powinien zarządzać placówką w taki sposób, by szpital miał dobrą opinię, by pracownicy byli zadowoleni z tego co robią i by mieli odpowiedni sprzęt do ratowania życia. Koszty związane ze zużyciem prądu, wody czy gazu powinien być opłacany odgórnie przez „jakiś tam fundusz, lokalny czy państwowy”. Dyrektor nie powinien się martwić o to, czy w tym miesiącu wystarczy na opłacenie mediów czy nie. Powinien martwić się tylko i wyłącznie o pacjenta i swoich pracowników. Nawet wszelkiego rodzaju remonty powinny być zgłaszane przez dyrektora szpitala i na tym koniec. Remontem powinna zajmować się oddzielna jednostka, wykonująca je za pieniądze pochodzące prosto z Ministerstwa Zdrowia.

Niestety dziś jest tak, że pacjenci nie są oczkiem w głowie dyrektorów, lekarzy czy pielęgniarek. Pacjenci są potrzebni do robienia pieniędzy, a przebywając w szpitalu często odnosi się wrażenie, jakby pacjent był piątym kołem u wozu. Jakby złość za niewypłacone pieniądze za wykonane usługi były przelewane na pacjenta. Oczywiście nie wszystkich można wrzucać do jednego wora, ale pielęgniarki to często niemiłe, gruboskórne kobiety, o wrednych mimach i kamiennych twarzach, które przychodzą do pracy, bo nie mają innego wyjścia. Więcej pieniędzy dla pielęgniarek i lekarzy, to więcej uśmiechu, życzliwości, poprawa jakości świadczonych usług i szybszy powrót do zdrowia. – Oby tak wreszcie było…

14.09.2016

Kilka lat temu, gdy Platini wprowadził w życie reformę związaną z eliminacjami do ligi mistrzów, biłem mu brawo. Po tych kilku latach uważam, że liga mistrzów traci na wartości dla przeciętnego widza. A wszystko tylko dlatego, że niemal w każdej grupie znajduje się kopciuszek taki jak Legia Warszawa, która od swoich rywali odstaje jak uszy Jerzego Urbana. Co prawda mecz Legia Warszawa – Real Madryt wzbudzi w Polsce wielkie zainteresowanie, ale w świat pójdzie tylko wynik.

Jestem przekonany, że liga mistrzów oparta na obecnych zasadach już się wyczerpała. Czas na stworzenie czegoś nowego, wielkiego i nadzwyczajnego. Uważam, że liga mistrzów powinna składać się z 18 drużyn rywalizujących w jednej lidze. Taka swojego rodzaju super liga czyli najlepsza osiemnastka gra w lidze mistrzów każdy z każdym mecz i rewanż. Drużyny te oczywiście nie grałyby w swoich ligach krajowych, a jedynie w pucharze kraju.

Z takiej ligi powinny spadać dwie drużyny, za które wchodziłyby te, które trafiłyby do finału ligi europejskiej. Myślę, że dla urozmaicenia rozgrywek, trzecia drużyna od końca powinna zagrać baraż o utrzymanie z drużyną, która zajmie trzecie miejsce w lidze europejskiej. – Innymi słowy oprócz meczu finałowego w lidze europejskiej powinien odbywać się także mecz o brąz. W barażu mecz i rewanż rozstrzygałby, czy w lidze mistrzów zostanie drużyna z 16. miejsca, czy awansuje ta z trzeciego miejsca z ligi europejskiej.

Po takiej zmianie prestiż ligi mistrzów byłby na najwyższym poziomie. Mecze w obecnych rozgrywkach i wyniki jakie w niej padają pokazują, że jest ligą cieniasów: – Barcelona – Celtic 7:0, Bayern – Rostów 4:0, czy Legia – Borussia 0:6. W tej lidze najwięksi i najlepsi powinni bić się o mistrzostwo Europy. Może i nawet sama liga europejska nabrałaby trochę szacunku, bo byłaby przepustką do najlepszej ligi klubowej i stałaby się bardziej prestiżowa dla klubów i kibiców. Uważam, że skorzystałyby z tego także ligi krajowe. – Mecze Realu Madryt z Levante, czy Barcelony z Eibar odeszłyby w zapomnienie, no chyba, że któraś z drużyn wypadłaby z ligi mistrzów…

Reasumując, liga mistrzów byłaby najlepszą ligą Europy. Liga europejska byłaby zapleczem tej ligi i jedynym możliwym sposobem na awans do LM, a liga krajowa trzecim szczeblem rozgrywek dająca przepustkę do ligi europejskiej. Oczywiście liga europejska rozgrywałaby mecze tak jak do tej pory czyli 12 grup po 4 drużyny. – Grający w lidze europejskiej graliby również w lidze krajowej, ale przepustka do LM odbywałaby się tylko za pośrednictwem ligi europejskiej. Ktoś powie, że w takiej sytuacji drużyna z Polski nigdy nie zagrałaby w lidze mistrzów, a ja odpowiem, że zagrałaby, ale musiałaby to być drużyna, która swoimi umiejętnościami na to zasługuje. To, co pokazała dziś Legia Warszawa z Borussią Dortmund to wstyd i nie chodzi tylko o wynik, ale przede wszystkim o styl w jakim przejebali.

8.09.2016

W polityce zgrzyta od dawna. Na każdą zmianę nie ważne czy dobrą czy złą, obozy polityczne ostrzą noże i wpychają gdzie się da. Ostatnio powraca temat szkolnictwa, a dokładniej czy warto zlikwidować gimnazjum czy nie? Na pytanie co da likwidacja trzyletniej szkoły między podstawówką a liceum, nikt nie potrafi odpowiedzieć. Tak samo jak nikt nie potrafi dać argumentu za tym, że szkoła gimnazjalna ma sens.

Skoro argumenty lepszego nauczania nie idą w ruch tzn., że gimnazjum może pozostać lub nie, bo nie będzie miało to i tak żadnej różnicy dla ucznia. Jedni mówią, że kolejna reforma to kolejny wydatek pieniędzy, a inni martwią się o grupę nauczycieli, którzy mogą przy okazji powrotu do starych czasów stracić pracę.

Jest też część Polaków, która twierdzi, że w gimnazjum rośnie nam chamska młodzież. Opiera się to na argumentach, że dzieciaki idą do nowej szkoły i muszą „walczyć o swoje” w nowej hierarchii. Dla pokazania swojej siły przed nowymi kolegami posuwają się do drastyczniejszych ruchów, aniżeli w starej już zhierarchizowanej szkole, gdzie każdy zna swoje miejsce…

Jestem jednak ja – Kurdupel, który widzi różnicę między szkołą podstawową sześcioletnią, a ośmioletnią. Przede wszystkim to lokalizacja szkół. Najlepiej wyjaśnię to na przykładzie wsi, gdzie ten problem występuję na porządku dziennym. Wyobraźcie sobie, że mieszkacie w miejscowości „A”, w której jest szkoła gimnazjalna. Twoje dziecko ma do tej szkoły 200 metrów, ale chodzi do podstawówki w miejscowości „B”, oddalonej od waszej o 9 km. Mimo tego, że szkoła jest pod nosem, Twoje dziecko musi wstać o 6 rano i wyjść na autobus, który przyjeżdża po nie o 6:50. Dojeżdża do szkoły, czeka pół godziny na lekcję, a popołudniu znów czekanie na autobus i dojazd do domu. Podobne problemy są oczywiście w mieście, tylko że zamiast czekać na autobus szkolny, dziecko zapierdala 2 km do szkoły gimnazjalnej, a podstawówka jest pod nosem.

Skoro więc szkoła gimnazjalna nie wnosi niczego dobrego, ani złego w nauczaniu, to likwidacja jej przynajmniej usunie walkę o miejsce w szeregu wśród uczniów i zlikwiduje patologię związaną z bezsensownym dowożeniem dzieci z punktu „A” do punktu „B” i odwrotnie. A nauczyciele? Jeśli rzeczywiście część z nich straci pracę, to prawdopodobnie dlatego, że mamy pogłębiający się niż demograficzny. Z drugiej strony nie mam nic przeciwko zwalnianiu nauczycieli, bo szkoła to miejsce dla młodych ludzi i to na nich trzeba zwracać uwagę przy reformach, a nie na nauczycieli…

3.09.2016

Oglądałem ostatnio film na kanale AMC zatytułowany „Szósty stopień oddalenia” z Willem Smithem. – No dobra, nie obejrzałem całego ale pewien fragment, w którym czarnoskóry aktor opowiadał dwóm bogatym facetom o postaci z książki „Buszujący w zbożu”. Opowieść ta była tak interesująca, że ów mężczyźni z wielką, wręcz zajebiście olbrzymią uwagą słuchali tego młodego człowieka. – Podobnie jak ja! Postanowiłem, że zakupię książkę „Buszujący w zbożu” J.D. Salingera, bo zwyczajnie i po ludzku zainteresowała mnie ta opowieść.

buszujacy w zbozu

Nie wiem jak Wam, ale mnie tytuł tej książki skojarzył się z jakimś horrorem, coś na wzór „Dzieci kukurydzy”. Ale to kompletnie nie tak. Wiecie co? Czytałem ta książkę z wielką uwagą. Opowiada ona o młodym chłopaku, którego wyrzucono ze szkoły za to, że miał kiepskie wyniki w nauce… – Długa historia opowiadająca o kilku dniach od momentu wyrzucenia ze szkoły, ukrywaniu się przed rodzicami i tułaczce po rodzinnym mieście.

Czytając książki nie potrafię wydostać z nich wielkich teorii, które usłyszeć można od nauczycieli. Oni interpretują to wszystko na swój sposób, ale ja – jak już wcześniej napisałem tak nie umiem. Myślę, że w tej książce każdy z nas może znaleźć siebie samego. Mimo, że jestem już po trzydziestce nadal jestem dzieciakiem, nie kumającym działania tego świata, podobnie jak postać z książki. Ciagle pyta, ocenia, krytykuje to podobnie jak ja. Rodzice wpajają mu, by się wykształcił, ale on tego nie rozumie i neguje podając własne teorie szczęścia. – Podobnie miałem gdy byłem młody. Nie chciałem się uczyć, więc nie wykorzystałem swojego potencjału i dziś co najwyżej nadaję się jedynie na to by pracować w polu czy przy betoniarce…

Książka ta zastała napisana w 1951 roku i na początku była ocenzurowana i zakazaną w wielu amerykańskich szkołach. Dziś jest obowiązkową lekturą w USA… – Między innymi to różni szkoły amerykańskie od polskich. Nie wiem czy coś się zmieniło, ale w moich szkolnych czasach lektury słynnych polskich poetów pisane niezrozumiałą starodawną polszczyzną sprawiły, że na książki patrzyłem z obrzydzeniem. Gdyby ten tytuł pojawił się w polskich szkołach, po jej przeczytaniu następne lektury byłyby przez uczniów połykane, a tymczasem są zwracane…

Nie wiem na ile tekst o autorze książki z Wikipedii jest prawdziwy, ale zainteresował mnie jego życiorys jak i twórczość. – Wynika z nich, że jego ojciec był żydem pochodzenia polskiego, a sam Salinger pracował kilka tygodni w ubojni świń w Bydgoszczy. Przyznam szczerze, że zabrzmiało to jak żart iście kabaretowy, ale jednak potwierdzenie to znalazłem na innych stronach internetowych.

Po przeczytaniu książki wpadłem w pewną euforię. Po dwóch dniach zacząłem się zastanawiać, dlaczego ta książka stała się bestsellerem? Jak to możliwe, że opisanie kilku dni od momentu wyrzucenia ze szkoły młodego chłopaka i jego powrót do rodzinnego miasta sprawiło, że książkę sprzedaje się w liczbie 250 tysięcy egzemplarzy rocznie, a w sumie prawie w 70 milionach? I nagle przyszła mi do głowy odpowiedź. – A no dlatego, że chłopak w sposób prosty i szczery, bez ściemy i tabu opowiada o tym co czuje, czego się boi i jak postrzega świat. Odbywa się to niemal w taki sam sposób, jak my poszukujemy drogi do szczęścia i zrozumienia świata. Niestety w dzisiejszych czasach jesteśmy zaprogramowani jak roboty i mówienie o własnych słabościach stało się… słabością. – Dlatego uważam, że słabość głównego bohatera książki jest jego wielką siłą. Czytając tę książkę ma się wrażenie, że zadane w niej pytania i płynące poniekąd odpowiedzi pochodzą prosto z naszej głowy. To właśnie dlatego w moim odczuciu książka ta mimo ponad 60 lat istnienia jest ponadczasowa i uznana za bestseller…

25.08.2016

Legia Warszawa we wtorek 23 sierpnia 2016 roku awansowała do ligi mistrzów, pokonując w dwumeczu Irlandzki Dundalk FC 3:1. Ta wiadomość jest szczególna i wyjątkowa z dwóch powodów. Po pierwsze wiadomo, że poprzedni występ Legii w tej elitarnej lidzie miał miejsce w sezonie 1995/96, a ostani polski klub grał w sezonie 1996/97 (Widzew). To oznacza, że pokolenie ludzi mających dziś 26 lat w ogóle nie są w stanie pamietać udziału polskiej drużyny w lidze mistrzów. Po drugie, internet nie zanotował jeszcze wpisu, który pamiętałby tamto wydarzenie. Jeśli w ogóle wtedy był internet, to wiedzieli o nim w USA i kilku naukowców w Europie. To pokazuje, jak dawno Polska nie była reprezentowana w tej najlepszej lidze świata.

Nasza klubowa piłka może odnotować sukces. Co dalej? Myśle, że szykuje się teraz wielki „eurowpierdol”. Sześć meczów z drużynami, których jeden piłkarz wart jest więcej niż cała Legia Warszawa. – Real Madryt, Borussia Dortmund i Sporting Lizbona są grupowymi przeciwnikami Legii. Przeciwnicy z najwyższej półki, ale eliminacje dla Legii wyglądały jak żart prosto z humoru Monty Pythona. – Zrinjski z Bośni i Hercegowiny, Trencin ze Słowacji i na koniec Dundalk FC z Irlandii. – Wygląda jak przeciwnicy w nieistniejącym już pucharze Intertoto, albo jakby jakiś prezes posmarował pod stołem. W necie krąży żart, że Legia awans do ligi mistrzów wywalczyła 21 lat temu, teraz wylosowała…

Żarty się skończyły. Przeciwnicy na jakich trafiła Legia, nie są dwa razy lepsi niż Dundalk, lecz 10 razy lepsi niż sama Legia. Jeśli taki styl prezentować będzie nasza drużyna w lidze mistrzów jak w eliminacjach, to na boisku będzie sportowy i wizerunkowy dramat. Z mojego punktu widzenia Legia znalazła się na drodze do sportowego piekła i finansowego raju. Awans jest wielkim sukcesem finansowym, świat dowie się, że w Polsce uprawia się piłkę nożną, a my polscy kibice mamy swój kolejny sportowy sukces. – mam tylko nadzieję, że ten awans nie będzie sukcesem klubowej piłki nożnej w Polsce na kolejne dwie dekady…