Fantastyczny
Blog Kurdu.pl'a
5.05.2017

Mężczyźni zazdroszczą Robertowi Lewandowskiemu tego, że jest przystojny, ma umiejętności piłkarskie, jest medialną gwiazdą i jest bogaty. Nasze babki, matki, siostry, koleżanki, dziewczyny, narzeczone, żony i kochanki – wszystkie bez wyjątku poszłyby z nim do łóżka bez zastanowienia się choćby przez sekundę. Niektóre z nich, te najbardziej zdesperowane zrobiłyby mu loda na środku boiska przy 80-tysięcznym tłumie. Tego my faceci też mu zazdrościmy. Ile więc trzeba zrobić, żeby być podobny do Roberta, by stać się sławnym, bogatym i rozszarpywanym przez kobiety?

Zazdrość to najbardziej wkurwiająca wada człowieka. Sami lenimy się na łóżku, przełączając pilotem kolejne stacje telewizyjne, bądź stukając w klawiaturę podnosimy swoje morale w świecie wirtualnym. Brzuchy zwisają nam do jaj, podbródek dotyka sutków, a ostatnio na spacerze byliśmy miesiąc temu. Właśnie tyle zrobiliśmy, by kobiety nas ubóstwiały, inni nam zazdrościli, a gwiazdy telewizyjne zapraszały nas do swojego programu.

Zanim zaczniemy komuś zazdrościć, zastanówmy się przez chwilę ile musiał taki człowiek w swoim życiu przejść, by osiągnąć to, co teraz ma. Robert już od najmłodszych lat uprawiał sport. Jest to jego pasja, więc wyrzeczenia typu – idziemy na trening, dla nas śmiertelników byłaby straszna, a dla Lewandowskiego to była czysta przyjemność. Ćwiczenia kilka godzin dziennie, wyjazdy na mecze piłkarskie i chęć wyjechania do lepszego klubu setki kilometrów od domu, bez przyjaciół, znajomych i rodziny. Czy to rzeczywiście takie proste i przyjemne?

Przygodę z piłką nożna zaczynał w zespole Partyzant Leszno (…), aż przypadkowo trafił do Znicza Pruszków. Tam w wieku 20 lat (2008 rok) został zauważony przez Lecha Poznań, do którego przeszedł . Ćwiczył, biegał, zapierdalał jak wół, by być jeszcze lepszym i zajść jeszcze wyżej niż liga Polska. Z Poznania przeszedł do Borussi Dortmund, zostawiając nie tylko przyjaciół, kolegów i rodzinę, ale także swój kraj. Dla wielu patriotyzm to nic nie warte gówno, ale będąc za granicą zaraz tęskni się za krajem. Zderzył się z nową kulturą, językiem, a przede wszystkim chcąc trafić do jeszcze lepszej drużyny, trzeba było przebić się do pierwszego składu, pozostać w nim, a następnie wyróżnić się wśród oszlifowanych piłkarskich diamentów. Zapewne nie zrobił tego za pomocą konsoli do gier.

Po zdobyciu czterech goli w meczu z Realem Madryt w półfinale ligi mistrzów jego notowania wzrosły i stał się jeszcze bardziej rozpoznawalny na świecie. – Przeszedł do Bayernu Monachium, w którym bardzo szybko się zadomowił. Czy przejdzie teraz do ligi angielskiej – Manchesteru United czy Manchesteru City? A może hiszpański Real Madryt lub Barcelona? Nie trzeba być znawcą piłkarskim by wiedzieć, że to największe futbolowe marki na świecie. Gdyby dziś trafił do któregoś z wcześniej wymienionych klubów, to zapewne byłby zawodnikiem grający pierwsze skrzypce…

Tak czy siak, w tym czasie będzie ciężko trenował, po raz kolejny zmieni miejsce zamieszkania, trafi do nowej kultury, uczył się będzie nowego języka i będzie walczył o swoją pozycję w nowym zespole. My będziemy nadal leżeć na kanapie, wpierdalać chipsy, popijać piwo i wychodzić na całonocne imprezy alkoholowe. Następnego dnia zobaczymy Lewandowskiego strzelającego gola Realowi Madryt na Camp Nou i będziemy zazdrościć mu tego, co osiągnął…

29.04.2017

W dowodach osobistych, jak i na dokumencie prawa jazdy pojawiło się kilka zmian, ale ta, która najbardziej mnie zadziwiła to zdjęcie… Zmieniło się to, że teraz wykonując zdjęcie do dowodu osobistego trzeba zrobić je nie jak kiedyś z profilu, ale z przodu. Nie dość, że takie zdjęcie wygląda tragicznie samo w sobie, to w dodatku twarz jest mocno przybliżona, a w dowodzie osobistym i na prawo jazdy tak rozjaśniona, jakby zrobiono zdjęcie nieboszczyka.

Gdyby mnie dziś zatrzymał policjant i poprosił o dowód osobisty, to powiedziałbym mu, że nie mam go przy sobie, bo w rezultacie wstyd jest go pokazać. Niestety nieokazanie dokumentu prawa jazdy łączy się z mandatem, więc opory z jego okazaniem nie są już tak duże – hehe. O dziwo zdjęcia w nowych dokumentach wyglądają tak, jak nie wygląda jego właściciel. Przejrzałem z ciekawości kilka dowodów i nigdy nie potrafiłem znaleźć na zdjęciu jego właściciela. Nie tylko wygląda blado jak trup, ale wydaje się, że zdjęcie jest rozciągnięte w szerz. Wygląda się jak po przejechaniu walca, a w dodatku jak postać plastusia z wielkimi odstającymi uszami.

Nie wiem dlaczego zdjęcie w dokumentach wyglądają tak masakrycznie, ale jeśli ktoś chciał, żebyśmy nie okazywali ich komukolwiek, to chyba osiągnął cel. Nawet w urzędzie robię to z wielkim zażenowaniem. Przykro by było pokazać go komuś z rodziny, nie mówiąc już o znajomych. – Można by się stać dowodem powodem do śmiechu. Mam nadzieję, że następna wersja dokumentu tożsamości będzie ciekawsza i okazywanie go będzie przyjemnością, a nie powodem do wstydu…

24.04.2017

Zakupiłem sobie zegar klapkowy firmy Karlsson. Muszę powiedzieć, że na naszym rynku znajduje się kilka tego typu zegarów, ale spotkałem tylko trzy, które były w wersji 24-godzinnej. Zazwyczaj te zegary występują w wersji 12-godzinnej, ale przyznaję, że nie robią one dobrego wrażenia i wiem to z doświadczenia. Godzina 5 pm, a nie 17, robi w tym przypadku wielką różnicę.

Przyznam także, że wcześniej miałem kontakt z tego typu zegarami, ale każdy z nich kosztował w granicach 100 złotych. Zegar firmy Karlsson kosztował 379 złotych. Różnica między tanimi, a tym jest widoczna na pierwszy rzut oka. Design! – Zegar w metalowej obudowie, dość masywny (ciężki). Ustawianie zegara za pomocą jednego pokrętła, dwie baterie C i duże klapki. O dziwo nie hałasują tzn., słychać małe klapnięcie, ale jest to lekkie uderzenie. Mechanizm zegara lekko rzęzi, ale podczas przeskakiwania klapek nie ma żadnego uderzenia ze strony mechanizmu. A miałem już wcześniej zegar klapkowy, który musiałem wyłączać na noc, bo uderzenie co minutę było tak głośne, że nie dało się zasnąć.

Różnica widoczna jest także w ustawieniu godziny. Każdy kto miał „klapkowca” wie, jak ciężko go ustawić. Zazwyczaj trzeba było ustawić zegar trzy minuty później niż aktualny czas, włożyć baterię i modlić się, żeby za te trzy minuty ruszył. Jak się nie udało, znów trzeba było go ustawiać i tak w kółko. Co prawda dało się z tym żyć, ale w zegarze Karlsson Boxed Flip po ustawieniu godziny i włożeniu baterii, wystartował od razu. Bez żadnych zbędnych ceregieli i modlitw.

Zanim go zakupiłem długo się zastanawiałem, czy będzie to dobry zakup, bo nie jest taki tani, a wcześniejsze doświadczenia z tymi zegarami raczej nie napawały mnie optymizmem. Na szczęście mam niegroźną paranoję na punkcie zegarów i nie zraziły mnie wcześniejsze niepowodzenia. Ktoś, kto wcześniej kupił taniego klapkowca i miał z nim problemy na starcie lub po kilku tygodniach, pewnie nigdy już do nich nie wróci, ale zapewniam Was, że ten jest inny. – Nie tylko droższy, ale i zdecydowanie lepszej jakości i po czterech miesiącach użytkowania nie spóźnia się ani nie przyśpiesza!

Zegar nie dość, że piękny, to jeszcze punktualny i cichy. Nie żałuję ani grosza na ten zakup. Dodam na koniec tylko, że zegary te w internecie występują często w formacie 12-godzinnym, więc jeśli nie masz pewności, że kupujesz zegar z systemem 24-godzinnym zapytaj sprzedawcę.

18.04.2017

Gdybym miał określić ten serial prostymi słowami, określiłbym. – Jeden z najlepszych seriali telewizyjnych jaki kiedykolwiek oglądałem. Pokochałem ten serial, bo reżyser miał na niego pomysł. Od pierwszej sekundy wciąga bez opamiętania. – Dwóch detektywów przesłuchiwanych jest na komisariacie, jak prowadzili śledztwo (gdy byli jeszcze policjantami) w sprawie rytualnego mordercy kilka lat wcześniej. W trakcie tej opowieści toczy się akcja serialu…

Jestem człowiekiem, który nie ma w realnym życiu żadnego idola. Świat komercji pokazuje nam ludzi odzianych w dobre ciuchy, jeżdżących świetnymi samochodami, prowadzający przy sobie panienki. Wielu z nas stara się naśladować ludzi, którzy w obiektywie kamery wyglądają na idealnych.

W serialu „Detektwy” pojawia się postać – Rust Cohle (Matthew McConaughey), która drastycznie odbiega od postaci znanych i kochanych, a jednak ma w sobie coś takiego, co sprawiło, że stał się moim ekranowym idolem. Postać fikcyjna, nieistniejąca, stworzona przez reżysera na człowieka, którym sam chciałbym być. Choć jest nałogowym palaczem, alkoholikiem, ćpunem, jest charyzmatyczny, podążający swoimi ścieżkami, nie bojący się życia i przeciwności losu. Bez pieniędzy, bez domu, bez kobiety, a jednak wydaje się znający życie lepiej niż ktokolwiek inny.

To zapewne dzięki tej postaci lekko przewartościowałem serial „Detektyw”, ale sam serial jest naprawdę zajebisty. W ogóle za te role Matthew McConaughey powinien dostać wszystkie możliwe oskary. Rola ta pasuje do niego tak, jak wampirowi długie zęby.

Przyznaję, że ostatnie dwa odcinki nieco rozczarowują względem poprzednich, a szczególnie ten ostatni. Jednak jeszcze raz podkreślę, dla postaci Rusta Cohle’a warto obejrzeć ten serial. O dziwo HBO zdecydowało się na stworzenie drugiej serii i choć pierwsza jest dla mnie jednym z najlepszych seriali, to druga seria jest już totalną kaszanką. Nie nazwałbym go jednym z najgorszych, ale z wielką pewnością określiłbym najgorszym serialem jaki kiedykolwiek oglądałem. Ba! Nawet nie obejrzałem wszystkich odcinków, bo po prostu po dwóch pierwszych więcej już nie byłem w stanie obejrzeć. Na szczęście druga seria to całkiem inni aktorzy, więc postać Rusta Cohle’a nie ucierpiała na wizerunku…

Pierwszy odcinek jest dostępny za darmo HBO GO

12.04.2017

Ostatnio doszło do kilku wybuchów bombowych, które wydawać się mogło wymierzone były w autokar wiozący piłkarzy Borussii Dortmund na mecz ligi mistrzów z AS Monaco. Nikomu nic wielkiego się nie stało, ale w autokarze wyleciało kilka szyb i jeden z piłkarzy został zraniony odłamkiem w rękę. Choć sytuacja nie jest śmieszna, to jednak zaraz po tym wydarzeniu mówiło się, że to nie atak terrorystyczny, a… – no właśnie, nie określono co? Niektórzy domniemali, że to może być atak ze strony pseudokibiców innej drużyny. Wyobrażacie sobie na jaki poziom kibicowania zeszłaby piłka nożna, gdyby rzeczywiście okazało się, że to był atak na tle „kibicowskim”?

Powiedzmy sobie szczerze, bo myślę że oszukiwanie się, że to nie atak terrorystyczny, to chęć „ratowania” imienia tych, którzy są za to odpowiedzialni. Nie ważne kto skonstruował bombę i kto ją zdetonował, nie powinno to podlegać dyskusji, że to atak terrorystyczny. Biorąc także pod uwagę, że niemieckie władze są poprawne politycznie, co w normalnym slangu oznacza „kłamie”, nie mówi się o ataku terrorystycznym i muzułmańskich radykałach, bo polityka Niemiec dążyła do tego, by sprowadzać do siebie uchodźców. Przecież wiadomo, że niemiecki polityk nie może się mylić, a zapewne wiecie, że za kilka miesięcy odbędą się wybory do Bundestagu.

Słyszałem ostatnio relację Polaka mieszkającego w Niemczech, który opowiadał jak wygląda życie wśród imigrantów. – Mieszka w małej miejscowości mającej około 2 tysiące mieszkańców. Przydzielono do miasteczka 150 islamskich imigrantów, którzy w nocy koczują w kontenerach, a w ciągu dnia schodzą się w parkach i na rynku, śmiecąc, robiąc zdjęcia mieszkańcom, pijąc alkohol, podszczypując dziewczyny i okradając sklepiki. W sumie wszystko opiera się na tym, że w Niemczech rozrzucono imigrantów po małych miejscowościach, by zasymilować ich ze społecznością. Problem jednak w tym, że ci ludzie nie idą do pracy, czekają tylko i wyłącznie na zasiłki. Sami Niemcy mają już dość tego, że pracują przez 35 lat, dostaną emeryturę tysiąc euro miesięcznie i utrzymują bandę nierobów, na których przydzielana jest kwota 2 tysięcy euro miesięcznie.

Nie oszukujmy się. Bomby nie konstruują kibice. Nie robią tego pewnie rodowici Niemcy, no chyba, że pochodzenia arabskiego, a tam takich ludzi nie brakuje. Powiedzmy sobie szczerze, że był to zamach terrorystyczny bez względu na to, kto to zrobił. Myślę sobie, że gdyby ten wybuch nie miał podłoża islamskiego, to z radością i uśmiechem na twarzy jakiś minister ogłosiłby to podkreślając, że to nie muzułmanie są temu winni. Poprawność polityczna nie pozwala im przyznać się do błędu imigracyjnego. Mam nadzieję, że w Polsce bez względu na to kto rządzi, nie powstanie pomysł zaludnienia naszego kraju ludźmi, którzy za nic mają naszą kulturę, korzenie i nas ludzi jako naród.

Współczuję zachodniej Europie, że doczekała czasów jakie teraz mają. Kiedyś, by wyjechać na „bombowe” wakacje trzeba było wyjechać do Czeczenii. Teraz wystarczy do Niemiec, Francji czy Anglii. Ludzie są terroryzowani we własnym kraju, bo jakiś rodak podjął w przeszłości decyzję o importowaniu imigrantów. Miało być pięknie i bogato, a tu taki pstryczek w nos. Przyjmowanie do swojego kraju imigrantów to trochę tak, jakbym pod swój dach przyjął nieznanych mi ludzi, dając im łóżko, wannę, jedzenie i czekając tylko na to, czy odwdzięczą mi się za to, czy zabiją moją rodzinę. Jak ktoś chce się bawić w rosyjską ruletkę, to niech się bawi, ale nie w moim domu (kraju)…

10.04.2017

Choć wydawać by się mogło, że temat na który tutaj piszę jest prywatną sprawą małej parafii, to jednak dotyka on większy kontekst i podejście szerokorozumianego kościoła do parafian. W mojej małej miejscowości stoi niewielki kościół, wybudowany pierwotnie w XIV wieku. W wieku XVII spalił się, został odbudowany, a dziś po kilkuset latach okazuje się, że jego drewniana konstrukcja jest na tyle zjedzona przez korniki, że czas go wyremontować i to od podstaw…

Renowacja kościoła to koszt około 2,7 miliona złotych, z czego 85% czyli 2,3 miliona złotych na odbudowę dołoży państwo z funduszu na renowację zabytków. Problem jednak w tym, że 400 tysięcy złotych musi zostać wyłożona z własnych funduszy. I tu uwaga! – Pieniądze mają zostać zebrane wśród parafian! Jak więc wyliczono na podstawie liczby parafian (2500) oraz liczby gospodarstw domowych (400) każde z tych gospodarstw powinno wyłożyć po 1000 złotych, czyli w sumie brakującą kwotę 400 tysięcy złotych.

I w sumie nie byłoby w tym nic aż tak wielkiego, bo w małych społecznościach, a szczególnie na wsi kościół to taki swojego rodzaju łącznik. Nie ma tutaj marketów, siłowni, kręgli, sali bilardowej, czy czegokolwiek, co mogłoby łączyć ludzi. – Jest za to kościół…

Najbardziej w tej całej historii wkurwiło mnie to, że te brakujące 400 tysięcy złotych powinno zostać wyłożone przez kurię, która de facto zarabia na tym, że jest tu kościół. Pogrzeby, wesela, chrzty czy msze, to jest nieopodatkowany biznes, którego nie powinno się wspierać z pieniędzy parafian.

Poza tym dowiedziałem się, że nasza kuria okazała się być bardzo hojna dla nas i postanowiła wyłożyć za nas owe 400 tysięcy złotych, ale tym samym żąda od nas zwrotu tych pieniędzy! Aby było śmieszniej, daje nam (sobie) ten kredyt na 3 lata i będąc tak dobrodusznym i wspaniałym nie weźmie z tego tytułu odsetek. Wiem, że do niektórych to przemawia i nie widzą w tym nic złego, ale gdybym ja chciał wybudować burdel, z którego będę ciągnął zyski, za pieniądze zebrane od okolicznych mieszkańców i w dodatku dał tym ludziom (sobie) kredyt na 3 lata, dobrodusznie nie pobierając za niego odsetek, to zapewne popukaliby się wszyscy w głowę. Skoro jednak kościół robi coś takiego, to niewielu widzi w tym problem.

Nie chciałbym zostać źle zrozumianym. Nie mam nic przeciwko temu, by powstał odnowiony kościół. Nie jestem wrogiem kościoła, ale nie pozwolę, by ktoś robił mnie w chuja tylko dlatego, że uważa mnie za głupka nie potrafiącego myśleć samodzielnie. Wiem, że w dużej części lokalna społeczność powiesi na mnie psy, że nie dołożę swojej symbolicznej cegiełki by budować obłudę wewnątrz kościelną. Jeśli kościół się zawali, a ci którzy na nim zarabiają nie będą chcieli go odbudować, to niech przeniosą biznes i „kręcą lody” gdzie indziej.

4.04.2017

Nowy prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Donald Trump sprzeciwił się porozumieniu klimatycznemu, na mocy której kraj miał ograniczyć wydobycie węgla zastępując ją energią odnawialną. Oczywiście porozumienie to podpisał Barrack Obama, ale nowy prezydent nie zamierza go przestrzegać, dając pracę górnikom, a co za tym idzie obniżając także cenę węgla. Osobiście uważam, że jest to dobra wiadomość i mam nadzieję, że także w Polsce przyjdzie ktoś po rozum do głowy i pójdzie w ślady Amerykanów. – Dlaczego?

Podobno przyczyną smogu jest palenie w piecach węglem. Tak, to poniekąd prawda, ale trzeba wziąć także pod uwagę, że przyczyną smogu jest węgiel niskiej jakości, który de facto sprowadzany jest z Rosji. Tak przyszło mi do głowy, że wszyscy oponują, aby piece węglowe wymienić na piece gazowe, a ów gaz który wykorzystywalibyśmy do ogrzewania domów w dużej części pochodzić by miał właśnie z Rosji. Gdybym był spiskowcem pomyślałbym, że celowo przysyłają nam węgiel kiepskiej jakości za pół ceny, by czujniki smogu „wybuchły” i żebyśmy przestawili się na gaz.

Problem pojawia się jednak w tym, że niewielu dziś stać na gaz. Wygoda wygodą, ale cena ogrzewania wzrasta minimum dwa razy. Zastanów się, czy byłoby cię na to stać? Po drugie problem z węglem polega na tym, że podpisaliśmy porozumienie klimatyczne, zmniejszając wydobycie węgla, zgadzając się na podatki ekologiczne w cenie węgla. Później dziwimy się, że Polacy nie kupują go bo kosztuje 1000 złotych za tonę, więc szukają węgla tańszego – niskiej jakości, który spalając się wydziela „więcej trucizn”. Podstawowym celem polskiego rzadu powinno być obniżenie ceny węgla dobrej jakości, bo tylko wtedy możemy obniżyć poziom smogu.

I tak o to zmniejszając wydobycie węgla, zwiększamy jego cenę i popadamy w błędne koło. Zapewne gaz jest mniej trujący niż węgiel, ale wyczuwam duży lobbing Rosjan na to, by przestawić się na gaz. Koszty ogrzewania domu gazem są większe niż węglem, a gdy do tego coraz więcej ludzi podłączać się będzie pod gaz i tym samym zwiększać się będzie na niego popyt, cena będzie rosnąc jeszcze bardziej. Nie ma w tym żadnej głebokiej filozofii, ale pamiętajcie kto zaopatruje Europę w gaz i zastanówcie się co zrobicie, gdy ten ktoś przykręci kurek w czasie srogiej zimy…

28.03.2017

Wielkopolska policja w niedzielę 19 marca wprowadziła kilkudniową akcję „prędkość – zero tolerancji”. Chodziło głównie o to, że policjanci kontrolowali prędkość w zmasowanej liczbie patroli i co ważne, nie tolerując nawet najmniejszego przekroczenia limitu. Na początku pomyślałem sobie, że ta akcja jest głupia, że wszystko robione jest tylko po to, by nałapać mandatów i cieszyć się ze statystyk, a co za tym idzie wmówić sobie, że dzięki policji jest bezpieczniej.

Po wprowadzeniu tej akcji zauważyłem na drogach całkiem odmienionych kierowców. W terenie zabudowanym grzecznie, sznurem, z dużymi odległościami od siebie, a poza terenem zabudowanym 90 km/h bez pędzenia na złamanie karku i wyprzedzania na trzeciego. Wszystko na drodze wydawało się takie idealne i wręcz niesamowite. Ze szczególnym okrucieństwem podkreślę raz jeszcze, że odstępy między samochodami były duże, bo tak naprawdę nikt nikogo nie chciał wyprzedzać. Gdy w  normalnych warunkach drogowych bez akcji policyjnej jedzie ktoś w terenie zabudowanym 50 km/h, to z tyłu wiszą mu na zderzaku by go wyprzedzić lub popędzić. Teraz tego nie było.

Nie wiem, czy wprowadzenie tej akcji miało jakiś wpływ na bezpieczeństwo na wielkopolskich drogach. Uświadomiła mi ona jednak jedną ważną rzecz. – Jeśli jesteśmy pod pręgierzem i nie tolerujemy łamania przepisów, potrafimy jeździć samochodami jak cywilizowani ludzie. Mimo tego że jeździło się wolniej, jazda była płynna, przyjemna i bez nerwów. Zapewne zaraz po zakończeniu akcji „prędkość – zero tolerancji” będę lekko naginał przepisy w ramach przyjętej tolerancji, ale nie mam nic przeciwko temu, by taką akcję ogłoszono w całej Polsce i to bez ograniczeń czasowych…

21.03.2017

Już jakiś czas temu pisałem na temat handlu w niedzielę. Niestety temat ten powraca, bo jak to już bywa „rząd dba” o potrzeby obywateli, a ci skierowali projekt obywatelski by zabronić handlu w niedzielę. Oczywiście rząd przychylił się do niego i z chęcią wprowadzi go w życie. Prywatnie powiem, że mam to w głębokim poważaniu, czy markety będą w niedzielę otwarte czy nie, ale nie w tym tkwi problem.

Problem tkwi w tym, że ustawa zabraniająca handlu w niedzielę ma skończyć z nieludzkimi praktykami w dużych sieciach handlowych. Ludzie pracujący 7 dni w tygodniu po kilkanaście godzin dziennie to podobno standard. O mało co uwierzyłbym w to pierdolenie, ale chyba nie do końca o to chodzi. Tak naprawdę sprawami związanymi z nieludzkim traktowaniem pracownika powinna się zająć Inspekcja Pracy, a nie ustawa zabraniająca handlu.

Może jeszcze wprowadźmy zakaz jazdy pojazdami silnikowymi w niedzielę, bo w sobotę potencjalnie wielu z takich kierowców może być po imprezie, a co za tym idzie jeździć w niedzielę pod wpływem alkoholu. Wprowadźmy zakaz pracy na nocną zmianę, bo w nocy się śpi, a nie pracuje. Wprowadźmy także zakaz wyjazdu do ciepłych krajów zimą, bo zima jest od tego by wypizgnąć, a nie po to, by się opalać.

I tak o to brniemy w durne, wyssane z palca ustawy zakazujące handlu w niedzielę pod karą wysokiej grzywny, a nawet kary więzienia. Po to powstała Inspekcja Pracy, by monitorować przedsiębiorców. Niech to robią na zmasowaną skalę i sprawdzają czas pracy. Jeśli jakiś pracownik jest traktowany w nieludzki sposób przez pracodawcę, niech to zgłosi. Jeśli kierowca napierdoli się w sobotę, a w niedzielę będzie jeździł samochodem pod wspływem alkoholu, to niech kurwa złapie takiego policja, a sąd wpakuje go za kraty. Nie wprowadzajmy przymusowego zakazu tylko dlatego, że ktoś nie przestrzega zasad gry…

12.03.2017

Swojego czasu szlachetne wydawało się być dawcą, w razie “komplikacji z życiem”. Wyrabiano więc karty dawcy, noszono w portfelu i w razie potrzeby pobierano organy do przeszczepu. Niewielu pewnie to wie, ale od 2005 roku wiele się zmieniło:

Zgodnie z ustawą z dnia 1 lipca  2005 pobrania komórek, tkanek i narządów ze zwłok ludzkich można dokonać, jeżeli osoba zmarła nie wyraziła za życia sprzeciwu.

Oznacza to mniej więcej tyle, że dziś dawcą może być każdy z nas. Jeśli lekarz stwierdzi “śmierć mózgową” (cokolwiek to znaczy), może przeznaczyć twoje organy do przeszczepu. Niby szlachetne, niby uczciwe i w sumie po chuj ci coś, co będzie ci w trumnie zbędne?. – Ale z drugiej strony trzeba pamiętać o czymś takim jak biznes. A transplantologia to ogromne pieniądze i nie mówię tu o operacji, lecz o sprzedawaniu narządów.

Rozumiem, że ojciec chorego dziecka, które może przeżyć tylko dzięki przeszczepowi odda każdy grosz, by żyło. A gdy trafi to na bogatego rodzica, to zapłaci nawet setki tysięcy złotych. Wiadomo też, że po drugiej stronie stoi lekarz, który niekiedy może stać się decydentem czy przeżyjesz czy nie. A jeśli Twoje organy mogą być przydatne i w dodatku idzie na tym zarobić, to dlaczego nie?

Dlatego to właśnie, by uchronić się od “niepotrzebnej śmierci”, warto wypełnić wniosek “Centralnego Rejestru Sprzeciwów”. Wystarczy go pobrać, wysłać listownie, odebrać potwierdzenie i nosić je przy sobie. W razie gdyby jakiegoś lekarza korciło do “odłączenia” ciebie czy twoich bliskich, ta karta uchroni was przed pobraniem organów. Tak, wiem, mało szlachetne, ale pamiętajcie, że w świecie pieniędzy i obłudy jesteście tylko workiem kasy, który nosicie w sobie.

Poza tym warto też wspomnieć, że może przytrafić się wam taka sytuacja, że ktoś wam bliski może mieć wypadek, a lekarz bez waszej zgody, bez informowania was może takiego pacjenta odłączyć od aparatury podtrzymującej życie i pobrać organy. Sprzeciw rodziny nie ma tu nic do rzeczy. Dowiecie się na końcu, że organy zostały pobrane, a może i się nie dowiecie i taki będzie finał…