8 czerwca 2012 | Futbol

Dziś rozegrano w Warszawie na stadionie narodowym historyczne spotkanie. Polscy piłkarze jako gospodarze turnieju rozegrali mecz otwarcia EURO 2012 z Grekami. Nie wróżyłem tu niczego dobrego, obstawiałem na bezbramkowy remis. Sama ceremonia otwarcia nie była w moim odczuciu jakoś szczególnie ciekawa, ale oprawa dźwiękowa była interesująca. Tuż przed pierwszym gwizdkiem słychać było „przeciągający” się dźwięk, który nadawał temu wydarzeniu pewnego dreszczyku emocji – jak w horrorze.

Początek meczu mnie zadziwił, bo widać było w poczynaniach naszych piłkarzy spokój, jakby grali mecz towarzyski z Andorą. Bez większych błędów, bez narzucania tempa i spokój, który było widać przez całą pierwszą połowę. Bałem się właśnie początku i w ogóle tego meczu, bo wcześniejsze pierwsze mecze w turniejach finałowych wypadały tragicznie (M.Ś. 2002, M.Ś.2006, M.E.2008). W 17 minucie meczu kapitalne dogranie Błaszczykowskiego wykorzystał nasz najlepszy piłkarz – Lewandowski. Uderzył piłkę głową, a ta uderzyła najpierw w murawę i trafiła między rękami bramkarza Greków. Kilka minut później na 2:0 nie wykorzystał szansy Perquis, który z 10 metrów uderzył bardzo mocno w piłkę, a ta poleciała kilka metrów obok bramki.

Co zauważalne było w pierwszej połowie to przede wszystkim poziom sędziowania. Miałem wrażenie, że stare porzekadło mówiące o tym, że sędziowie „gwiżdżą” na korzyść gospodarzy jest jak najbardziej prawdziwe. Sędzia gwizdał co popadnie, nawet „rzeczy” które ciężko było wychwycić w powtórce w zwolnionym tempie. Tuż przed końcem pierwszej połowy piłkarz Grecji dostał drugą żółtą kartkę i w konsekwencji czerwoną. Ta druga kartka słuszna – pierwsza wyjęta z kapelusza. Myślałem, że jest już po widowisku, a wynik jest oczywisty.

Początek drugiej połowy jak zwykle asekuracyjny z naszej strony, gdy mamy korzystny wynik. Grając z przewagą jednego zawodnika, musimy nadal cisnąć na rywala, by nie było nerwówki. W 50 minucie meczu padła bramka wyrównująca. Graliśmy w przewadze i dostaliśmy „silny podbródkowy”, który po taił naszych zawodników. W 68. minucie meczu czerwoną kartkę otrzymał Wojciech Szczęsny, który faulował piłkarza Grecji w sytuacji sam na sam. Rzut karny, a w bramce zmiennik – Tytoń, który obronił rzut karny i w moim odczuciu, był zdecydowanie bohaterem tego spotkania. W 75. minucie po pięknej akcji Greków, piłka po raz kolejny wpadła do naszej bramki. Na szczęście tym razem był spalony.

W tym meczu byliśmy już wszędzie. Najpierw w niebie, bo golu Lewandowskiego w 17., minucie. Trafiliśmy do czyśćca po golu wyrównującym i przez moment w Hellas, gdy bramkarz biało-czerwonych otrzymał czerwoną kartkę, a rzut karny wykonywał Karagounis. Na szczęście w bramce stał nasz zbawiciel, bohater który nie miał prawa w tym meczu wystąpić – Przemysław Tytoń.

Szkoda, że po karnym i czerwonej kartce, nie pamiętaliśmy że gramy w równowadze. Mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu, a wynik remisowy był najlepszym jaki mogliśmy osiągnąć w tym spotkaniu. Nie rozumiem zachowania trenera Smudy, który widział, że chłopaki oddychają przez rękawy” i nie wprowadził świeżego zawodnika. Chciał to zrobić w 93., minucie meczu, by dać szansę występu w swoje urodziny Grosickiemu. – To było moim zdaniem głupie posunięcie.

Teraz już rozumiem, dlaczego na koszulkach kibiców Grecji widniał napis „Hellas” – prawie już tam byliśmy…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

stat4u