12.04.2017

Zamach na piłkarzy Borussii Dortmund

Ostatnio doszło do kilku wybuchów bombowych, które wydawać się mogło wymierzone były w autokar wiozący piłkarzy Borussii Dortmund na mecz ligi mistrzów z AS Monaco. Nikomu nic wielkiego się nie stało, ale w autokarze wyleciało kilka szyb i jeden z piłkarzy został zraniony odłamkiem w rękę. Choć sytuacja nie jest śmieszna, to jednak zaraz po tym wydarzeniu mówiło się, że to nie atak terrorystyczny, a… – no właśnie, nie określono co? Niektórzy domniemali, że to może być atak ze strony pseudokibiców innej drużyny. Wyobrażacie sobie na jaki poziom kibicowania zeszłaby piłka nożna, gdyby rzeczywiście okazało się, że to był atak na tle „kibicowskim”?

Powiedzmy sobie szczerze, bo myślę że oszukiwanie się, że to nie atak terrorystyczny, to chęć „ratowania” imienia tych, którzy są za to odpowiedzialni. Nie ważne kto skonstruował bombę i kto ją zdetonował, nie powinno to podlegać dyskusji, że to atak terrorystyczny. Biorąc także pod uwagę, że niemieckie władze są poprawne politycznie, co w normalnym slangu oznacza „kłamie”, nie mówi się o ataku terrorystycznym i muzułmańskich radykałach, bo polityka Niemiec dążyła do tego, by sprowadzać do siebie uchodźców. Przecież wiadomo, że niemiecki polityk nie może się mylić, a zapewne wiecie, że za kilka miesięcy odbędą się wybory do Bundestagu.

Słyszałem ostatnio relację Polaka mieszkającego w Niemczech, który opowiadał jak wygląda życie wśród imigrantów. – Mieszka w małej miejscowości mającej około 2 tysiące mieszkańców. Przydzielono do miasteczka 150 islamskich imigrantów, którzy w nocy koczują w kontenerach, a w ciągu dnia schodzą się w parkach i na rynku, śmiecąc, robiąc zdjęcia mieszkańcom, pijąc alkohol, podszczypując dziewczyny i okradając sklepiki. W sumie wszystko opiera się na tym, że w Niemczech rozrzucono imigrantów po małych miejscowościach, by zasymilować ich ze społecznością. Problem jednak w tym, że ci ludzie nie idą do pracy, czekają tylko i wyłącznie na zasiłki. Sami Niemcy mają już dość tego, że pracują przez 35 lat, dostaną emeryturę tysiąc euro miesięcznie i utrzymują bandę nierobów, na których przydzielana jest kwota 2 tysięcy euro miesięcznie.

Nie oszukujmy się. Bomby nie konstruują kibice. Nie robią tego pewnie rodowici Niemcy, no chyba, że pochodzenia arabskiego, a tam takich ludzi nie brakuje. Powiedzmy sobie szczerze, że był to zamach terrorystyczny bez względu na to, kto to zrobił. Myślę sobie, że gdyby ten wybuch nie miał podłoża islamskiego, to z radością i uśmiechem na twarzy jakiś minister ogłosiłby to podkreślając, że to nie muzułmanie są temu winni. Poprawność polityczna nie pozwala im przyznać się do błędu imigracyjnego. Mam nadzieję, że w Polsce bez względu na to kto rządzi, nie powstanie pomysł zaludnienia naszego kraju ludźmi, którzy za nic mają naszą kulturę, korzenie i nas ludzi jako naród.

Współczuję zachodniej Europie, że doczekała czasów jakie teraz mają. Kiedyś, by wyjechać na „bombowe” wakacje trzeba było wyjechać do Czeczenii. Teraz wystarczy do Niemiec, Francji czy Anglii. Ludzie są terroryzowani we własnym kraju, bo jakiś rodak podjął w przeszłości decyzję o importowaniu imigrantów. Miało być pięknie i bogato, a tu taki pstryczek w nos. Przyjmowanie do swojego kraju imigrantów to trochę tak, jakbym pod swój dach przyjął nieznanych mi ludzi, dając im łóżko, wannę, jedzenie i czekając tylko na to, czy odwdzięczą mi się za to, czy zabiją moją rodzinę. Jak ktoś chce się bawić w rosyjską ruletkę, to niech się bawi, ale nie w moim domu (kraju)…

4.04.2017

Donald Trump przeciwko porozumieniu klimatycznemu

Nowy prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Donald Trump sprzeciwił się porozumieniu klimatycznemu, na mocy której kraj miał ograniczyć wydobycie węgla zastępując ją energią odnawialną. Oczywiście porozumienie to podpisał Barrack Obama, ale nowy prezydent nie zamierza go przestrzegać, dając pracę górnikom, a co za tym idzie obniżając także cenę węgla. Osobiście uważam, że jest to dobra wiadomość i mam nadzieję, że także w Polsce przyjdzie ktoś po rozum do głowy i pójdzie w ślady Amerykanów. – Dlaczego?

Podobno przyczyną smogu jest palenie w piecach węglem. Tak, to poniekąd prawda, ale trzeba wziąć także pod uwagę, że przyczyną smogu jest węgiel niskiej jakości, który de facto sprowadzany jest z Rosji. Tak przyszło mi do głowy, że wszyscy oponują, aby piece węglowe wymienić na piece gazowe, a ów gaz który wykorzystywalibyśmy do ogrzewania domów w dużej części pochodzić by miał właśnie z Rosji. Gdybym był spiskowcem pomyślałbym, że celowo przysyłają nam węgiel kiepskiej jakości za pół ceny, by czujniki smogu „wybuchły” i żebyśmy przestawili się na gaz.

Problem pojawia się jednak w tym, że niewielu dziś stać na gaz. Wygoda wygodą, ale cena ogrzewania wzrasta minimum dwa razy. Zastanów się, czy byłoby cię na to stać? Po drugie problem z węglem polega na tym, że podpisaliśmy porozumienie klimatyczne, zmniejszając wydobycie węgla, zgadzając się na podatki ekologiczne w cenie węgla. Później dziwimy się, że Polacy nie kupują go bo kosztuje 1000 złotych za tonę, więc szukają węgla tańszego – niskiej jakości, który spalając się wydziela „więcej trucizn”. Podstawowym celem polskiego rzadu powinno być obniżenie ceny węgla dobrej jakości, bo tylko wtedy możemy obniżyć poziom smogu.

I tak o to zmniejszając wydobycie węgla, zwiększamy jego cenę i popadamy w błędne koło. Zapewne gaz jest mniej trujący niż węgiel, ale wyczuwam duży lobbing Rosjan na to, by przestawić się na gaz. Koszty ogrzewania domu gazem są większe niż węglem, a gdy do tego coraz więcej ludzi podłączać się będzie pod gaz i tym samym zwiększać się będzie na niego popyt, cena będzie rosnąc jeszcze bardziej. Nie ma w tym żadnej głebokiej filozofii, ale pamiętajcie kto zaopatruje Europę w gaz i zastanówcie się co zrobicie, gdy ten ktoś przykręci kurek w czasie srogiej zimy…

21.03.2017

Powraca wątek wolnej niedzieli od handlu

Już jakiś czas temu pisałem na temat handlu w niedzielę. Niestety temat ten powraca, bo jak to już bywa „rząd dba” o potrzeby obywateli, a ci skierowali projekt obywatelski by zabronić handlu w niedzielę. Oczywiście rząd przychylił się do niego i z chęcią wprowadzi go w życie. Prywatnie powiem, że mam to w głębokim poważaniu, czy markety będą w niedzielę otwarte czy nie, ale nie w tym tkwi problem.

Problem tkwi w tym, że ustawa zabraniająca handlu w niedzielę ma skończyć z nieludzkimi praktykami w dużych sieciach handlowych. Ludzie pracujący 7 dni w tygodniu po kilkanaście godzin dziennie to podobno standard. O mało co uwierzyłbym w to pierdolenie, ale chyba nie do końca o to chodzi. Tak naprawdę sprawami związanymi z nieludzkim traktowaniem pracownika powinna się zająć Inspekcja Pracy, a nie ustawa zabraniająca handlu.

Może jeszcze wprowadźmy zakaz jazdy pojazdami silnikowymi w niedzielę, bo w sobotę potencjalnie wielu z takich kierowców może być po imprezie, a co za tym idzie jeździć w niedzielę pod wpływem alkoholu. Wprowadźmy zakaz pracy na nocną zmianę, bo w nocy się śpi, a nie pracuje. Wprowadźmy także zakaz wyjazdu do ciepłych krajów zimą, bo zima jest od tego by wypizgnąć, a nie po to, by się opalać.

I tak o to brniemy w durne, wyssane z palca ustawy zakazujące handlu w niedzielę pod karą wysokiej grzywny, a nawet kary więzienia. Po to powstała Inspekcja Pracy, by monitorować przedsiębiorców. Niech to robią na zmasowaną skalę i sprawdzają czas pracy. Jeśli jakiś pracownik jest traktowany w nieludzki sposób przez pracodawcę, niech to zgłosi. Jeśli kierowca napierdoli się w sobotę, a w niedzielę będzie jeździł samochodem pod wspływem alkoholu, to niech kurwa złapie takiego policja, a sąd wpakuje go za kraty. Nie wprowadzajmy przymusowego zakazu tylko dlatego, że ktoś nie przestrzega zasad gry…

21.10.2016

„Na razie jesteśmy bezbronni”

Od dawna słychać, że szykuje się w Europie coś większego i gorszego niż atak ruskich na wschodnią Ukrainę czy naloty na Syrię. Gdybyśmy wsłuchali się dokładnie w ludzi, którzy zajmują się armią moglibyśmy dostrzec, że Rosja może zajść wiele dalej i mam tu na myśli to, że to Polska może wkrótce tworzyć nowy ZSRR tworzony przez Putina. Tymczasem w Polsce Minister Obrony Narodowej (MON) pan Macierewicz mówi o tym, że Polska armia nie jest w stanie bronić się przez atakiem kogokolwiek, nie mówiąc już o ataku potęgi zwanej „Rosją”. Gdyby tego było mało, na okładce nowego „Do Rzeczy” były generał „GROM” pan Polko ostrzega, że „na razie jesteśmy bezbronni” i insynuuje, że „Rosja może uderzyć za kilka miesięcy”.

do-rzeczy2

Wszystkie te informacje zapewne przydatne są władzom Rosji. Wiedzą, że w Polsce nie mają się czym bronić i wiedzą, że zachód nie stanie po naszej stronie. W dodatku o wszystkim dowiedzieli się nie od rodzimych służb specjalnych, lecz od naszych generałów i ministrów pełniących rolę obronną. – Czyż to nie żałosne? Oczywiście nie jest tajemnicą, że nasz sprzęt wojskowy w dużej części to muzeum. Ja wiem o tym choćby z własnego doświadczenia gdy odbywałem zasadniczą służbę wojskową. Lufy 40-letnich Kałasznikowów powyginane, hełmy z drugiej wojny światowej, samochody, koparki i czołgi odpalane raz w roku i przygotowywane do tego przez kilka miesięcy. Ale mówiąc o tym nie pełnię roli ministerialnej, nie byłem generałem, więc mój głos jest nic nie znaczący i niesłyszalny.

Odnoszę wrażenie, że to całe gadanie o tym, że nasze wojsko jest źle wyposażone służy tylko po to, by można było powiedzieć, że ośmioletnie rządy Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego doprowadziły do upadku Polskiej armii. Prawdą natomiast jest, że nasze armia posiada pewnie jakiś nowy sprzęt, ale opiera się głównie o ten, który zostawili ruscy, gdy opuszczali nasz kraj. Wydaje się także, że straszenie pana Polko czy Macierewicza wojną z Rosją służy tylko temu, by w razie takiej wojny powiedzieć „a nie mówiłem?” i ewentualnie w razie wojny podkreślać, że „to oni (PO+PSL) zostawili nam bezbronną armię”. 

Jesteśmy bezbronni, mówi generał Polko. W podobnym tonie wypowiada się pan Macierewicz (MON). W rzeczywistości może i jesteśmy bezbronni, ale panowie na tak wysokich stanowiskach można powiedzieć rozbroili Polskę na oczach całego świata. W moim odczuciu za takie wypowiedzi jednemu powinny spaść pagony z ramion, a drugi powinien uciekać na Syberię, by chronić się za Putinem ratując życie za wyjawienie tajemnicy państwowej…

25.09.2016

Reforma w służbie zdrowia

Odkąd żyję, słyszę hasła typu „czas zreformować służbę zdrowia”. Nikt tak naprawdę nie wie co zrobić, by poprawić jej stan. Mam na myśli zlikwidowanie kolejek do specjalistów, czy poprawienie sytuacji finansowej lekarzy i pielęgniarek. Prawo i Sprawiedliwość chce zlikwidować NFZ inni zaś uważają, że musi być jakiś organ nadzorujący finanse. Co prawda nie jestem znawcą tematu, ale gdybym to ja miał zająć się ochroną zdrowia, wprowadziłbym do szpitali – zdrowe zarządzanie nim jak i ustalił zasady.

W pierwszej kolejności musimy sobie odpowiedzieć na pytanie. – Czy szpital jest instytucją zarabiającą na siebie, czy obiektem pożytku publicznego, mającego na celu ratowanie życia i zdrowia pacjenta? Na to pytanie odpowiadam, że komercyjna działalność może mieć miejsce w szpitalu czy przychodni prywatnej, a w szpitalach finansowanych ze składek tak być nie może.

Dziś jest tak, że przychodzi pacjent do szpitala, a dyrektor i ordynator oddziału na który trafił musi kombinować i wpisać w kartę pacjenta po co tu w ogóle przyszedł. Jeśli ma „tylko” stan przed zawałowy, to jego pobyt w szpitalu jest nierentowny. Gdyby miał zawał, no to NFZ zapłaciłoby za takiego pacjenta dużo kasy. – No, ale ten akurat nie ma, więc wyślijmy go do domu. Nie ma sensu robić EKG, bo NFZ za to nie zapłaci, albo nie róbmy USG, bo dziś już wykonaliśmy trzy takie badania, a czwarte przekroczy budżet danego dnia.

Absurd w naszej służbie zdrowia leży w tym, że wszystko musi mieć finansowy sens. Lekarz pracujący w szpitalu pracuje na sprzęcie, który zakupiony został z funduszy NFZ, a sprzęt ten dostępny jest w ramach tegoż NFZ dla trzech pacjentów dziennie. Kolejne 7 godzin lekarz korzysta z niego w ramach własnej prywatnej działalności. Brzmi jak absurd, ale tak właśnie jest. Żeby ukrócić tego typu działania, należy podpisywać z lekarzem umowę na daną kwotę i wykonywanie usług. Przykład: – Lekarz dostaje 20 tysięcy miesięcznie, ale pracuje przez 5 dni w tygodniu na sprzęcie USG przez 7 godzin dziennie.

Jestem zdania, że lekarze powinni zarabiać naprawdę godnie. Nie zazdroszczę im luksusowych samochodów czy domów. Mają pracę odpowiedzialną, muszą się ciągle kształcić i być na czasie z medycyną, bo jej rozwój i postęp idzie szybciej niż w branży komputerowej. Niech zarabiają dobre pieniądze i niech one motywują ich do pracy. Podobnie jest z pielęgniarkami. Niech zarabiają np. średnią krajową, bo oprócz wylewania gówna z kaczek, podają także leki co również wiążę się z odpowiedzialnością.

Dyrektorzy szpitali nie powinni być po to, by umieć kombinować i oszukiwać NFZ biorąc pieniądze za niewykonane usługi. Dyrektor powinien zarządzać placówką w taki sposób, by szpital miał dobrą opinię, by pracownicy byli zadowoleni z tego co robią i by mieli odpowiedni sprzęt do ratowania życia. Koszty związane ze zużyciem prądu, wody czy gazu powinien być opłacany odgórnie przez „jakiś tam fundusz, lokalny czy państwowy”. Dyrektor nie powinien się martwić o to, czy w tym miesiącu wystarczy na opłacenie mediów czy nie. Powinien martwić się tylko i wyłącznie o pacjenta i swoich pracowników. Nawet wszelkiego rodzaju remonty powinny być zgłaszane przez dyrektora szpitala i na tym koniec. Remontem powinna zajmować się oddzielna jednostka, wykonująca je za pieniądze pochodzące prosto z Ministerstwa Zdrowia.

Niestety dziś jest tak, że pacjenci nie są oczkiem w głowie dyrektorów, lekarzy czy pielęgniarek. Pacjenci są potrzebni do robienia pieniędzy, a przebywając w szpitalu często odnosi się wrażenie, jakby pacjent był piątym kołem u wozu. Jakby złość za niewypłacone pieniądze za wykonane usługi były przelewane na pacjenta. Oczywiście nie wszystkich można wrzucać do jednego wora, ale pielęgniarki to często niemiłe, gruboskórne kobiety, o wrednych mimach i kamiennych twarzach, które przychodzą do pracy, bo nie mają innego wyjścia. Więcej pieniędzy dla pielęgniarek i lekarzy, to więcej uśmiechu, życzliwości, poprawa jakości świadczonych usług i szybszy powrót do zdrowia. – Oby tak wreszcie było…

18.04.2016

Aborcja czyli niekończąca się opowieść

Jak co kilka lat, tak i tym razem w polskim parlamencie wybucha spór o to, czy kompromis aborcyjny, który teraz obowiązuje jest słuszny czy nie? Księża przekrzykują ateistów, prawicowi politycy lewicowych, a społeczeństwo dzieli się i stoi po dwóch stronach barykady. Czy usunięcie płodu, które poczęte zostało z powodu gwałtu, albo wykrycie choroby genetycznej dziecka czy możliwość narażenia życia lub zdrowia matki, to naprawdę niebezpieczny kompromis? Przecież w Polsce dokonuje się rocznie około 100 aborcji, więc o co ten krzyk?

Politycy zaczynają mówić o tym, że gdyby ustawa zabraniająca aborcji trafiła pod głosowanie, to każdy polityk bez względu na swoją przynależność partyjną powinien móc głosować według własnego sumienia. I tu pojawia się paradoks. Dlaczego polityk może głosować według własnego sumienia, a kobieta brutalnie zgwałcona, okaleczona fizycznie i psychicznie, w dodatku zapłodniona nie ma możliwości wybrać według swojego sumienia? A gdy urodzi się dziecko to co powie mu matka? – Jak na ciebie patrzę, to przypomina mi się twój ojciec oprawca, który bił i gwałcił? Kurwa, to jakieś nieporozumienie.

Jeśli są w tym kraju kobiety, które chciałyby urodzić dziecko poczęte wynikiem gwałtu no to luz. – Ich sprawa! Niech rodzą i się cieszą, tylko że prawda w tej chwili wygląda tak, że kobiety mające takie zdanie to te, które cieszyłyby się gdyby ktoś w ogóle chciał je zgwałcić. Mało tego! To te kobiety, które nawet gdyby zostały zgwałcone przez dziesięciu facetów z najlepszym nasieniem na świecie nie zaszłyby w ciąże. To kobiety starsze i nie mające już nic wspólnego nowym pokoleniem kobiet, które teraz „rządzą światem”. – To do młodych świat należy! A skoro są baby, które tego nie rozumieją, to chyba czas najwyższy wysłać je autobusem na rodzimą planetę czyli Wenus. Założę się, że ze względu na odległość, środek transportu i wiek tych kobiet, żadna nie dojechałaby tam żywa.

Załóżmy, że kobieta dowiaduje się, że jej dziecko jest upośledzone genetycznie np., ma zespół Downa. Są kobiety, które będą chciały urodzić i już. Chwała im za to, ale zadaje sobie pytanie, czy to kobiety, które nie potrafią myśleć o przyszłości, czy to te, które za długo czytały biblie. – Jak wiadomo brak myślenia przyszłościowego i czytanie biblii jest skrajnie niebezpieczne. Pamiętajcie jednak o tych kobietach, które nie chcą dziecka i które zdają sobie sprawę z tego, że będą musiały opiekować się nim 24 godziny na dobę przez 30 lat. Pomyślcie o tych właśnie kobietach! Nie o sobie i swoim przekonaniu. Jak chcesz urodzić dziecko z wadą genetyczną, nikt nie zakazuje Ci go urodzić. Ale niech też nikt nie nakazuje wybierać za kobietę, czy podejmie się tego zadania czy nie.

Czy kobieta, której życie zagrożone jest z powodu ciąży, powinna na siłę czekać na rozwiązanie? Zagrajmy w rosyjską ruletkę. Czy chronić życie kobiety czy nienarodzonego dziecka? Rozumiem, że dla wielu kobiet, które stoją przed takim wyborem, to strasznie trudna decyzja. Ale niech będzie to decyzja tej kobiety czy rodziny, a nie prezesa tej czy innej partii, księdza z tego czy innego kościoła, czy jej sąsiada, który fanatycznie patrzy w obrazek przenajświętszej panienki.

Myślę, że „kompromis aborcyjny”, który prawnie obowiązuje w Polsce od 1993 roku, to najlepszy kompromis na świecie! Daje wolność wyboru kobiecie, która została brutalnie zgwałcona, która może urodzić dziecko „wadliwe” genetycznie i która chce chronić własne życie lub zdrowie. Nie wyobrażam sobie likwidacji tych trzech czynników dających kobiecie możliwość wyboru. Tak samo jak nie wyobrażam sobie bezwzględnej wolności wyboru i usuwania ciąży, bo nie chciało się użyć środków antykoncepcyjnych. Jestem jednak przekonany, że likwidacja obecnego kompromisu aborcyjnego jest gorszym rozwiązaniem, aniżeli danie całkowitej wolności wyboru…

10.04.2016

Smoleńsk, Kaczyński, katastrofa, dramat i drwina

Właśnie mija szósta rocznica od katastrofy smoleńskiej, w której zginęło 96 ludzi, w tym politycy, osoby zasłużone dla kraju jak i najważniejszy człowiek w Polsce czyli prezydent. Dla wielu ta katastrofa jest tematem do drwin i żartów. W sumie nic nie dziwi, bo Prawo i Sprawiedliwość nadmuchuje balon i snuje domysły o bombie na pokładzie. Jednych to męczy, drugich śmieszy, a inni mają to w dupie, ale…

No właśnie. Wydaje się, że PiS nieco przesadza z tymi teoriami spiskowymi, a najbardziej przesadza z ekspertem od katastrof panem Macierewiczem. To człowiek nie mający nic wspólnego z lotnictwem, a tym bardziej z katastrofami lotniczymi. To chyba właśnie to sprawia, że katastrofa pod Smoleńskiem jest dla Polaków tematem drwin.

Przyjrzyjmy się jednak tej katastrofie pod kątem tego, co się wydarzyło po niej, a nie od strony tego, jak do niej doszło. Najbardziej dziwi mnie to, że w katastrofie zginęło aż 96 osób, a wśród nich najważniejszy człowiek a Polsce czyli prezydent, a sprawa katastrofy prowadzona była przez Rosjan. W dodatku wrak samolotu po sześciu latach nadal jest w rękach „Putina”. To nie do przyjęcia i nie do zaakceptowania. Wyobrażacie sobie sytuację, w której prezydent USA Barack Obama ginie w katastrofie lotniczej w Rosji, a wrak po sześciu latach nadal jest w rękach Putina? Amerykanie swoją krytyką zmietliby rząd z powierzchni Ziemi. Mało tego. Amerykanie mieliby wrak u siebie już po dwóch dniach!

Pamiętacie, jak na terenie Ukrainy został zestrzelony samolot malezyjskich linii lotniczych, który leciał z cywilami z Holandii do Malezji? Mimo oporu Rosjan, już do dwóch tygodniach wrak samolotu był transportowany między innymi przez Polskę do Holandii. A my kurwa nadal mamy wrak na złomowisku w Smoleńsku. Wrak, w którym byli przedstawiciele naszego kraju. Można się z tego śmiać, ale bardziej przez łzy, niż z powodu drwin.

My Polacy mamy takie specyficzne podejście do ludzi rządzących krajem. Często ich wyśmiewamy, bo czasami poruszają tematy oderwane od rzeczywistego problemu naszego narodu. Jednak katastrofa, która miała miejsce 10 kwietnia 2010 roku nie powinna być tematem do drwin. Nie tylko dlatego, że zginął prezydent, ale dlatego, że byli tam Polacy.

Nie wierzę, że katastrofa ta była wynikiem zamachu przez Rosjan, czy współpracy Tuska z Putinem. To brzmi jak głupi żart. Nie jestem ekspertem w dziedzinie lotnictwa, ale wszystkie znaki na niebie i Ziemi wskazują, że powodem katastrofy była mgła i niedoświadczeni piloci. Nie ma w tym nic dziwnego, że na pilotach ciążyło ciśnienie ze względu na to, że przewozili prezydenta. – To takie naturalne i ludzkie.

Niestety mijają lata od katastrofy pod Smoleńskiem, a my nadal to wyśmiewamy i drwimy. Jakbyśmy nie pamiętali w jakim byliśmy szoku w dniu katastrofy. Niemal każdy z nas dobrze pamięta dzień, w którym to się stało. Pamiętacie gdzie byliście i co robiliście. Mimo, że nie jestem ani po stronie PiS, ani po stronie PO, to jednak jestem na 100% pewny, że wszystko co wydarzyło się po katastrofie, jest katastrofą nieudacznictwa ludzi, którzy wtedy rządzili krajem. Nie sprowadzili wraku do Polski, a materiały z czarnych skrzynek dostali od Rosjan. – To jest nie do zaakceptowania i między innymi dlatego jest dziś 10 wersji wydarzeń tej katastrofy, która nigdy nie będzie wyjaśniona!

27.03.2016

„500 plus”. Za, a nawet przeciw

Rząd Prawa i Sprawiedliwości wprowadził program nazwany „500+”, który ma na celu wesprzeć rodziny posiadające dzieci kwotą 500 złotych miesięcznie na każde dziecko, jeśli dochód rodziny na „łebka” nie przekracza 800 złotych miesięcznie. Wielu jest za, wielu jest przeciw, ale przyznać trzeba, że to program, który nazwałbym „strzał w dziesiątkę”. Nie dlatego, że komukolwiek pomaga, ale przede wszystkim dlatego, że dzięki niemu PiS może rządzić w Polsce jeszcze przez kilka kadencji. Chyba nie wyobrażacie sobie, że ktoś kto ma dzieci i korzysta z tego programu, zagłosuje na partię opozycyjną, która szybko by tą daninę zniosła?

Chwyt czy nie, osobiście uważam ten program za słuszny. Jest wielu ludzi, którzy ledwo przędą, a jeśli dzięki temu ich sytuacja się polepszy, a dzieci nie będą chodzić głodne, czy w starych ciuchach, to zapewne sens tego programu jest. Oczywiście ktoś powie, że będzie szerzyć się patologia, ale przyznać trzeba, że patologia jest zawsze i wszędzie. W każdej dziedzinie. Normalni ludzie nie zdecydują się na dziecko tylko dlatego, że dostaną 500 złotych miesięcznie. Po pierwsze tu nie chodzi o opłacalność lecz pomoc, a po drugie nie wiadomo czy ten program wytrzyma próbę czasu. Prawdą natomiast jest, że rodziny wielodzietne czy niezamożne wreszcie staną na nogi.

Zmieniłbym jednak próg dochodowy na pierwsze dziecko, który wynosi 800 złotych. Jest on w moim odczuciu niesprawiedliwy. Porównajmy dwie rodziny, w której jest mama, tata i dwójka dzieci czyli tzw., „rodzina 2+2”. Cztery osoby w rodzinie, czyli 800 złotych razy 4 osoby to daje próg w wysokości 3,200 złotych. Jeśli mama i tata pracują i zarabiają po 1650 złotych miesięcznie, to łącznie zarobią 3,300 złotych. Z tych wyliczeń wynika, że na pierwsze dziecko nie dostana 500 złotych. A teraz porównajmy rodzinę zamożną. Dajmy na to, że tata ma firmę i zarabia miesięcznie 20 tysięcy złotych, a mama jest jej prezesem i zarabia 13 tysięcy złotych. W sumie rodzina zamożna zarabia 33 tysiące złotych miesięcznie, czyli 10 razy więcej niż rodzina biedniejsza. Co ich łączy? – Obie dostaną po 500 złotych na drugie dziecko.

Mam też wrażenie, że program 500+ może mieć jeszcze inne skutki uboczne. Wydaje mi się, że jest teraz większe pole do popisu dla kobiet. Czy nie lepiej odejść od faceta, z którym nie układa się najlepiej? Oprócz pieniędzy z pracy, kobieta dostanie także 500 złotych na każde dziecko i jeszcze dostanie alimenty. Można powiedzieć żyć nie umierać, czy raczej w tym przypadku „rozwodzić się, a nie żyć razem”.