7.09.2017

Eddie „Eagle” Edwards

Kilka lat temu oglądając skoki narciarskie na kanale Eurosport, jeden z komentatorów opowiedział krótką historię o brytyjskim skoczku narciarskim, który jako pierwszy w historii reprezentował swój kraj na olimpiadzie zimowej w tej dyscyplinie. Zaciekawiła mnie ta historia, więc poszperałem w internecie czytając o zawodniku Michaelu Thomasie Edwardsie, znanym jako Eddie „Orzeł” Edwards…  

Dowiedziałem się wtedy, że był to zawodnik amator, który przebojem dostał się na olimpiadę, o której marzył od dziecka. Był na tyle słabym skoczkiem, że stał się sławny na całym świecie. Kibice wiwatowali na jego cześć i tak entuzjastycznie przyjmowali każdy jego słaby skok, że nawet najlepszy skoczek nie mógł pochwalić się taką kibicowską wrzawą. To podobno dzięki niemu wprowadzono w skokach narciarskich coś takiego jak eliminacje. – Twierdzono wtedy, że to nie normalne, by najgorszy zawodnik był lepiej odbierany przez publiczność niż najlepszy. Poza tym zablokowano drogę innym zawodnikom amatorom, którzy chcieliby pójść w jego ślady.

Czytając o tym kilka lat temu dowiedziałem się także, że są plany, by nakręcić film fabularny o tym skoczku. I właśnie całkiem przypadkiem natrafiłem na niego w telewizji, obejrzałem go i byłem pod wielkim wrażeniem. Historia trochę głupia, jakby wyjęta z dupy, albo raczej z czarnego brytyjskiego humoru. Na początku filmu informacja, że przedstawia on autentyczne wydarzenia, a oglądając ten film odnosi się wrażenie, że to głupia i przesadna komedia,  a może nawet parodia.

Według danych Eddie „Orzeł” Edwards swój najlepszy skok oddał na odległość 73,5 metra, a najgorszy oficjalny wynik należy właśnie do niego – 45 metrów. Oprócz na olimpiadzie w Calgary w 1988 roku, startował także w pucharze świata i pucharze kontynentalnym. Co ważne, nie zawsze był ostatni! Jego występy, choć były słabe, to tak naprawdę nie to się w nich liczyło. Jako dziecko marzył by wystąpić na olimpiadzie i to nie ważne w jakiej dyscyplinie. Jego upartość, dążenie do celu, poświęcenie i przypadek sprawiły, że udało mu się ten cel osiągnąć w skokach narciarskich.

Choć oglądając film „Eddie zwany orłem” ma się wrażenie, że to postać prosto z parodii, to tak naprawdę osiągnął coś, co już raczej nigdy nikomu się nie uda. Odnoszę także wrażenie, że to człowiek, któremu brakowało piątej klepki, bo wystawił się na pośmiewisko, miał po drodze 1000 wpadek i niepowodzeń i w dodatku nikt w niego nie wierzył. Udało mu się osiągnąć cel i spełnić swoje marzenia, ale jestem święcie przekonany, że ta historia jest wyjątkowa, bo nikomu innemu nie udałoby się przeciwstawić tak dużej ilości wpadek i niepowodzeń jak właśnie jemu. – Jestem pewien, że trzeba być lekko jebniętym, by znieść tyle, co on.

Historię jego występów znajdziecie na Wikipedii. Słynny „Orzeł” ma także swoją stronę internetową, na której zobaczycie między innymi zdjęcia oraz filmy z jego skoków na olimpiadzie. Polecam wam także film fabularny, komedię, parodię, ale także wzruszającą historię jego dążenia do występu na olimpiadzie zatytułowany „Eddie zwany orłem„. – Gdybym 100 razy nie upewnił się, że film oparto na wydarzeniach autentycznych to pomyślałbym, że jest to tylko kolejna głupia komedia…

25.08.2017

„Po prostu zabijałem”

To był ten dzień, w którym nie szukałem książki, a przypadkowo będąc w markecie zauważyłem przy kasie dwie Stephena Kinga – “Christine” i “Misery”. Nie wiedziałem czy wziąć którąś z nich, bo oglądałem ich filmową wersję, więc bałem się, że czytanie będzie spieprzone filmowymi uprzedzeniami. Za tymi książkami stała schowana, szara, nawet lekko zdezelowana, jakby ktoś czytał ją ze 100 razy.- “Po prostu zabijałem” Artura Górskiego…

Jak to na okładkach bywa, teksty podkręcające klimat:

Oparta na autentycznych wydarzeniach historia polskiego seryjnego mordercy.

Nie będę Wam przepisywał tekstu z okładki z tylnej części, po prostu ją zeskanowałem

Zapowiada się świetnie! Biorę.

Siadając na kiblu i otwierając pierwszą stronę trafiam na tekst “od autora”, a w nim fragment:

Ten fragment jest niejako zaprzeczeniem zapowiedzi jakie padły na okładce. Na zewnątrz mowa o autentycznych wydarzeniach, a na pierwszych stronach o zmianie imion “bohaterów” i miejsc zdarzeń. Oczywiście autor książki nie mógł zweryfikować tego, o czym opowiadał mu ów morderca, więc nawet autor nie wie, co jest prawdą, a co nie. Myślałem, że tylko lokalne dzienniki z małych miejscowości (jak moja) mogą robić czytelnika w chuja, by ten kupił kolejny numer.

Mimo tego książkę czyta się z wielką frajdą. Wciąga bez opamiętania i nie ma się zamiaru zatrzymać. Czuć w niej, że jest “kolorowanką”, a nie napisaną na podstawie wydarzeń autentycznych. Trochę to boli, bo przy opisie różnych zdarzeń myślisz sobie – to nie jest prawdziwe. Psuje to nieco klimat…

Tytuł pasuje do tej książki jak żaden inny, do żadnej innej. – “Po prostu zabijałem”, tak frywolnie, buńczucznie, takie swojego rodzaju – nie ma się czym chwalić, po prostu zabijałem. Cały klimat tej książki napisany jest w takim tonie. Jestem pewien, że więcej emocji wkładam w codzienne robienie kanapki, niż ten gość w czasie zabijania.

Tak się zastanawiam. Gdybym był pisarzem i spotkałbym się w więzieniu z seryjnym zabójcą, to miałbym parcie na to, by napisać jak się nazywa i gdzie odsiaduje wyrok. A tu kompletnie nic. Pan “X”, miejsce “Y”. Podobnie jak w słynnym filmie “The Blair Witch Project”, który na początku mówi o znalezionych kasetach w lesie, zaginionej trójce studentów i prawdziwych wydarzeniach, a na końcu napisy – scenariusz, reżyseria.

Nie jestem wprawionym czytelnikiem książek. Dopiero zaczyna do mnie docierać, że je lubię i gdy kończy mi się jakaś, szukam kolejnej. Książkę z całą odpowiedzialnością polecam tym, którzy dopiero łapią bakcyla czytelnika, albo chcą go złapać. Ponieważ wciąga, jest przyjemna w odbiorze zapewne zachęci nowego czytelnika do szukania kolejnej książki. Najgorzej sparzyć się na przekombinowanym i zanudzającym badziewiu, który nie sprawia, że chcesz więcej i więcej.

W każdej książce jest jakiś fragment, do którego z chęcią wracam, albo czytam go kilka razy pod rząd. W tej znalazłem naprawdę wiele takich fragmentów, ale nie chciałem ich tu publikować ze względu na to, że to nie moje dzieło i na to, by nie spierdolić wam ewentualnej dobrej zabawy podczas czytania książki. Ze wszystkich fragmentów wybrałem ten:


Strona 185/186 “Po prostu zabijałem” – Artur Górski

21.08.2017

Poczuć się jak złodziej – bezcenne

Za każdym razem, gdy kupuje w sklepie opakowania, pudełka lub inne produkty, które zamykane są w kartonikach, sprzedawca otwiera je sugerując mi, że mogę być potencjalnym złodziejem. Ok! Rozumiem to. Pewnego razu kasjerka otwiera opakowanie herbaty i wyciąga z niej saszetkę z ziołami. Zrobiło mi się naprawdę głupio, czułem jak krew spływa mi do twarzy, a przecież ja jej tam nie wsadziłem. W domu okazało się, że zioła w herbacie to bonus reklamujący nowe przyprawy. Ulżyło mi, ale w sklepie nadal myślą, że jestem złodziejem…

16.08.2017

Polak kontra…

Bardzo nie lubię porównań ludzi ze względu na narodowość, a szczególnie swojego kraju z innymi. Stereotypy i takie tam pierdoły sprawiają, że jednych postrzega się lepiej, a drugich gorzej. Śmiem twierdzić, że człowiek to człowiek i jeśli ktoś będzie złodziejem, pedofilem, mordercą czy jeszcze innym wykolejeńcem, to nie ma znaczenia czy pochodzi z Polski czy z…

Słuchając audycji z udziałem polityków “made in Poland” na temat “Brexit-u”, słyszę o tym, że powodem ucieczki Brytyjczyków z Unii Europejskiej jest przede wszystkim imigracja. Politycy – a szczególnie “Nowoczesnej” podają za powód liczbę imigrantów z Polski. Gdy mówi się o imigrantach z krajów trzeciego świata i terroryzmie, którzy “wysadzają” ich kraj w dosłownym tego słowa znaczeniu, mówią wręcz o szkalowaniu pewnej grupy ludzi pochodzenia islamskiego.

Słuchając tego “Petru-piedolenia” mam wrażenie, że niejako politycy partii “Nowoczesna” chcą porównać Polaków do „państwa islamskiego”. Okej. – Są Polacy, którzy pojechali na wyspy oszukiwać, okradać i takie tam. Ale ilu polaków podłożyło bombę, wysadziło się w powietrze w tłumie, lub strzelało z kałacha do ludzi?

Polacy jadą do Wielkiej Brytanii do pracy. Jebią w chujowych warunkach, na chujowych zasadach i za chujowe pieniądze jak na zarobki w tym kraju. Robią to, bo część z nich chce wrócić w przyszłości do kraju, wybudować dom, kupić samochód i żyć bez zmartwień. Nie jadą tam w celu “zniszczenia cywilizacji zachodu” – jak wydaje się mówić Petru o swoich rodakach. – Tak ten sam Petru, który jutro zabiegać będzie o Wasz głos w wyborach.

Panie Petru! Jak mawiał Abraham Lincoln:

Można oszukiwać pewną grupę ludzi przez pewien czas, ale nie można oszukać wszystkich ludzi, przez cały czas

10.08.2017

Reklama serwisu pogody w Interii

Czasami mam ochotę doczepić się tematów kompletnie nieistotnych, ale w tej reklamie uderza mnie…

Prognoza na 25 dni […] Aktualizacja co 30 minut!

Ja rozumiem to tak. – Chcę zaplanować sobie urlop za 25 dni, więc zaglądam w prognozę pogody w Interii, widzę że jest 35 stopni w cieniu nad polskim morzem, więc wykupuję wakacje. Niestety 30 minut później serwis pogodowy Interii zaktualizował te dane i okazuje się, że będzie nieustanna ulewa. 25 dni później okazało się jednak, że nie było upałów i nie było ulewy, ale w najcieplejszym momencie dnia było 12 stopni Celsjusza. Siedzę więc w pokoju hotelowym na pogoda.interia.pl i odświeżam ją co 30 minut, może znajdzie się jakiś promyk nadziei, że coś się w pogodzie zmieni… – Dziekuję za taką prognozę…

6.08.2017

„Strach przed ciemnością”

Jeśli macie kiepski wieczór i w dodatku chcecie go sobie spierdolić jeszcze bardziej, to polecam Wam z całego serca film “Strach przed ciemnością” z 1991 roku. Niektórzy uważają go za film, podczas którego trzeba “mocno” myśleć, by go zrozumieć. Ja natomiast wiem, że reżyser musiał się naprawdę mocno natrudzić, by nagrać taki kicz. Sam nie wiem jak mu się to udało?

Film pamiętam tylko z jednej sceny, ale nie będę jej opisywał. Reszta filmu nadaje się do muzeum filmów beznadziejnych, by być pokazywany przyszłym adeptom szkoły filmowej, jak nie robić filmów.

Wpis ten powstał tylko po to, by ostrzec Was przed totalną katastrofą, niepotrzebnym otwieraniem popcornu i śmiercią przed ekranem telewizora.

1.08.2017

Wzmacniacz sygnału GSM

Zasięg telefonii komórkowej w mojej miejscowości jest tak słaby, że nawet wyjście na dwór niewiele zmienia (pisałem o tym tutaj). Jestem obstawiony nadajnikami z czterech stron, ale do każdego dzieli mnie odległość około 10 km. Odbieranie połączenia? – Niemożliwe. Po kilku godzinach dowiadywałem się, że ktoś do mnie dzwonił. Odebranie sms-a? – No co wy, przy dobrym “wietrze” dochodził po kilku godzinach.

Wpadłem niemal w depresję. Miałem do wyboru zakład psychiatryczny, silne leki przeciwdepresyjne, mogłem także wpaść w alkoholizm albo spróbować i zakupić wzmacniacz sygnału GSM. – Wybrałem to ostatnie.

Mimo poprawnie zainstalowanej anteny, odpowiedniemu podłączeniu sprzętu oraz maksymalnego sygnału na “routerze”, zasięg zmienił się tylko o tyle, że sms-y dochodzą i wychodzą od razu. Jeśli chodzi o połączenia telefoniczne, to poprawiło się to, że jak ktoś do mnie dzwoni, to za każdym razem jestem dostępny. Niestety rozmowa już nie wygląda tak różowo. Jednym razem słychać dobrze, a za chwilę w ogóle.

Kompletnie nie rozumiem jak działa wzmacniacz sygnału GSM. Gdy jest włączony, to poziom sygnału na telefonie czasem jestna max, ale gdy rozmawiam przez telefon zasięg na nim skacze z “5 kresek” na “1 kreskę”. Innym razem przy włączonym wzmacniaczu zdarza mi się, że na telefonie znika wszystko. Nie ma nawet nazwy sieci z jakiej korzystam. – Wyłączam wzmacniacz i pyk! – Sygnał się odnajduje. Niekiedy ma to związek z otwarciem lub zamknięciem okna. Jak otworzę okno i mam włączony wzmacniacz sygnału, zasięg znika i pojawia się, gdy zamykam okno. Ale dzieje się tak w trzech na dziesięć przypadków…

Pokusiłem się i zakupiłem pre-paid-y wszystkich sieci komórkowych. Wielkie nadzieje wiązałem z T-mobile, bo przez dwa dni dzwoniąc lub odbierając połączenia słyszałem i byłem słyszany. – Uwierzycie?! Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jakie to piękne uczucie…? Przez chwilę zapomniałem, że odbierając połączenie można siedzieć w jednym miejscu. Okazało się, że na T-mobile mam zasięg nawet wtedy, gdy wzmacniacz sygnału GSM jest wyłączony. Ba! – Zasięg jest lepszy gdy wzmacniacz sygnału jest wyłączony.

Po dwóch tygodniach użytkowania. Po zakupieniu kart innych sieci komórkowych muszę przyznać, że nie potrafię ocenić jakości tego wzmacniacza. Nie można skumać jak to działa, że gdy wzmacniacz jest włączony sygnał jest, a raz nie ma.

Pewnie nie ja sam znajduję się w głebokiej dupie, jeśli chodzi o zasięg. Nie chciałbym Was do tego sprzętu zniechęcić, bo nadzieja jest dla człowieka bardzo ważnym elementem życia. Zanim zdecydujecie się na zakup wzmacniacza GSM, spróbujcie najpierw kupić karty sim innych operatorów i przetestujcie ich działanie. Może okazać się, że problem sam się rozwiąże. Jeśli jakaś inna sieć będzie u Was dostępna, to w bardzo prosty sposób możecie przenieść swój numer do niej nie ponosząc żadnych kosztów.

Jeśli inne sieci nie będą działać, to przed zakupem wzmacniacza sygnału GSM skonsultujcie się z jakimś człowiekiem, który pomoże Wam dobrać odpowiedni sprzęt do warunków panujących na waszym terenie. A jeśli zakupiony wzmacniacz na niewiele się zda, to pamiętajcie, że macie prawo oddać go w ciągu 14 dni bez podawania przyczyny. Oczywiście przy zakupie, czy to w sklepie stacjonarnym, czy w internecie upewnijcie się, że sprzedawca daje Wam taką możliwość. – Ja z niej skorzystałem i oddałem.

19.07.2017

Ciepła woda niskim kosztem

Od kliku lat zastanawiałem się, jak zminimalizować koszty ogrzania ciepłej wody w sezonie letnim? Nie chce mi się palić w piecu każdego dnia, by móc się wykąpać. Nie jest to co prawda kosztowne, ale to poczucie odbycia codziennej ceremonii czyszczenia i podpalania w piecu, a później wyłączenia go i zakręcenia kurków, doprowadza mnie do szaleństwa i do poszukiwania innych rozwiązań.

Na początku zastanawiałem się nad zainstalowaniem tzw. Junkersa. Wystarczy odkręcić kurek z wodą, poczekać chwilę i już. Sam Junkers to koszt około 1000 złotych, do tego jeszcze gaz, instalacja, wentylacja i koszty związane z coroczną wizytą konserwatora. Wcale to nie takie tanie rozwiązanie.

Zastanawiałem się także nad zainstalowaniem kolektorów słonecznych na dachu. Ostatnio na topie są rzeczy, które nazywa się ekologicznymi. Koszt takiego rozwiązania, podłączenia, wymiana bojlera na większy sięga piętnastu tysięcy złotych. Co prawda można się ubiegać o dofinansowanie z tego tytułu. Trzeba też zdać sobie sprawę z tego, że kolektory nie są wieczne i trzeba będzie je kiedyś wymienić, a także wykonywać coroczne przeglądy…

Kolejną alternatywą dla mnie było zamontowanie ogniw fotowoltaicznych na dachu i dostarczanie do domu prądu. To rozwiązanie wydaje się być interesujące tym bardziej, że można też zamontować bojler podgrzewany przez piec centralnego ogrzewania jak i na prąd. Doprowadzić więc prąd „z dachu” do kontaktu w kotłowni i problem z głowy. Okazuje się jednak, że koszt instalacji takiego urządzenia jest trochę droższy od kolektorów słonecznych i wyniósłby około 20-25 tysięcy złotych.

Jest też inne rozwiązanie. Pompy ciepła wody użytkowej firmy Gorenje. Bojler wraz z urządzeniem, które pobiera ciepło z powietrza, nagrzewa wodę, a zimne powietrze które oddaje może posłużyć np. do klimatyzowania pomieszczenia w domu. Wydaje się to fajnym rozwiązaniem, ale koszt takiego ogrzewacza sięga 9 tysięcy złotych, nie licząc jego montażu.

Najlepszym sposobem na podgrzanie wody w domu wydaje się zakup bojlera z grzałką elektryczną i włączeniem go na dwie godziny dziennie do prądu. Koszt jest stosunkowo niewielki, bo wystarczy płacić za prąd na bieżąco i po problemie. Oczywiście koszt bojlera około tysiąca złotych.

Nie byłbym sobą, gdybym nie skorzystał  najprostszej metody ogrzewania wody do kąpieli. Kiedyś nie chciało mi się palić w piecu, więc z braku laku zagrzałem na kuchence gazowej cały czajnik wody. Wszedłem do wanny, nalałem do plastikowego pojemnika 3/4 zimnej wody, dolałem gorącej i się nią polałem. Następnie umyłem się gąbką i płynem, a na koniec trzy pojemniki wody użyłem do opłukania…

Gdybyście tylko wiedzieli ile frajdy daje tego typu kąpiel, to sami byście nie uwierzyli. Gdy idę się kąpać wykorzystując tą ostatnią metodę, robię to z wielką przyjemnością. To chyba trochę taki zew natury. Jak mawiają „ciągnie wilka do lasu”, więc może gdzieś głęboko w głowie zakorzenione są te nasze dzikie techniki, które zostały schowane głęboko w naszych zwojach mózgowych przez nowoczesność i cuda techniki.

Na koniec polecam Wam spróbować tej metody. Bez względu na to czy mieszkasz w domu, w bloku, czy masz dostęp do ciepłej wody, czy nie masz. Sam spróbuj i przekonaj się, jakie to wspaniałe uczucie. Ja porównuję to uczucie do radości jaką czerpie chodząc po lesie….