13.01.2018

Przyjrzyjmy się rachunkowi za prąd

Pewnie wszyscy to wiedzą, ale i tak mam ochotę podzielić się tą informacją. Co dwa miesiące dostaję rachunek za prąd. Ostatnio postanowiłem obliczyć, ile tak naprawdę kosztuje kWh (kilowatogodzina).

Z rachunku wynika, że jedna kWh kosztuje 0,24 złotego. Zużyłem 328 kWh, więc zapłaciłem za sam prąd 79,18 zł netto. Do tego rachunku doliczają mi następujące opłaty:

  • opłata abonamentowa 1,30 zł x 2 m-ce – stała
  • opłata sieciowa stała 6,10 zł x 2 m-ce – stała
  • opłata sieciowa zmienna całodobowa – 328kWh x 0,22 zł = 74,95 zł
  • opłata jakościowa – 328kWh x 0,0127 zł = 4,17 zł
  • opłata OZE – 328kWh x 0,0037 = 1,21 zł
  • opłata przejściowa 6,50 zł x 2 m-ce – stała

Za zużyte kWh zapłaciłem więc 79,18 zł + wyżej wymienione opłaty 108,13 zł. W sumie daje to wynik 187, 31 zł. Ale od czego mamy państwo? Od tego, by płacić podatki, więc do tej kwoty doliczamy podatek VAT 23% w wysokości 43,08 zł. W sumie rachunek opiewa na kwotę 230,39 zł.

Morał z tej bajki jest taki, że kWh kosztuje według operatora 0,24 zł, ale faktycznie zapłaciłem 0,70 zł. I tak oto, zmieniając operatora kompletnie nie zwracaj uwagi na to ile kosztuje kWh. Stawka ta jest różna i waha się między 0,20-0,30 zł. Zwracaj uwagę na wysokość opłat dodatkowych, które wchodzą w skład rachunku, bo to one głównie dają nam po kieszeni. W moim przypadku faktyczny koszt kWh to 34,5% wartości otrzymanej faktury.

Sprawa wygląda tak, że im mniej zużyjesz prądu, tym faktycznie więcej płacisz za kilowatogodzinę. Gdybym np., zużył 50 kWh w ciągu okresu rozliczeniowego, to zapłaciłbym 64,11 zł, co w przeliczniku przełożyłoby się na to, że 1 kWh kosztowałaby mnie 1,28 zł.

Zrobiłem w Exel-u plik, który automatycznie podlicza, ile faktycznie zapłacisz za rachunek. Wystarczy tylko wpisać w polu B6 ilość zużytych kWh, a rachunek sam się podliczy. Oczywiście musisz także zmienić ewentualne stawki za dodatkowe opłaty czy koszt kWh (pola od C6-C12). Arkusz pobierz stąd.

3.01.2018

Dlaczego uczciwość jest śmieszna?

Przez 35 lat swojego życia zauważyłem, że zdecydowana większość Polaków, krytykuje polityków czy ludzi biznesu. Często wytyka im się to, że działają nieuczciwie, biorą łapówki, ustawiają przetargi. Wielu na polityków nie mówi parlamentarzyści, politycy, przedstawiciele narodu, najczęściej określa się ich mianem – złodzieje, co ma na celu obniżenie ich wartości.

Gdy jednak przeniesiemy wartość „złodzieja” i „uczciwego” do życia codziennego, to te wartości mają zgoła inne oblicze. Znam ludzi, którzy swoją uczciwością zasypaliby piekło. Jednak otoczenie tego nie pochwala i tak np., mój ojciec ze swoimi znajomymi wyśmiewa się z kolesia, który pracując w kopalni jako kierowca, nigdy nie ukradł paliwa, ani innych rzeczy, które należały do kopalni. Nawet gdy kumple chcieli, żeby przewiózł im kable na pace poza teren zakładu pracy, ten nigdy się na to nie zgodził. O takich ludziach mówi się nieudacznik czy „pizda”.

Znam też człowieka, który przez 35 lat pracował w energetyce. Niejedni jego koledzy mieli podwójną pensję na kradzieży narzędzi, przewodów, skrzynek elektrycznych. Ten nigdy niczego nie zabrał i wstydził się za tych co kradną. Dziś będąc na emeryturze i dorabiając z nudów jako „cieć”, utrzymuje czystość na klatce schodowej i wokół bloku. Śmieją się z niego, że jak wyburzali stary śmietnik betonowy i ściągali z dachu płyty azbestowe, ten nie zgodził się, by zamurować je w ścianach nowego. Nawet dali mu do ręki stówę, by przymknął oko. Rzucił ją na ziemie i bez chwili zawahania nie zgodził się na to. Dziś jest tematem do drwin.

Znam też człowieka, który ze swojej pracy jako operator koparki przywoził paliwo i szczycił się tym na lewo i prawo. Znam też takich co kradną narzędzia i inne przedmioty. Są z tego dumni i czują, że są fajni. To ci sami ludzie, którzy mówią o politykach „złodzieje”. Ci sami, którzy przez całe swoje życie kradli tam gdzie im zaufano, doprowadzając swoje zakłady do upadku. To są ci sami ludzie, o których mówiłoby się „złodziej”, gdyby mieli stanowiska w polityce.

Uczciwość jest dziś tematem drwin w życiu codziennym i ujmą w życiu publicznym. Kiedyś, za czasów komunizmu kradzież była czymś powszechnym, normalnym i pochwalanym. A wszystko tylko dlatego, że brakowało towarów, więc okradanie uznawano za zaradność. Przypominam jednak wszystkim, że dziś ta „zaradność” nazywa się kradzieżą, a takiego który to robi nazywa się złodziejem. Ten proceder jest karalny w naszym kraju, ale za czasów rządów Platformy Obywatelskiej przestano rozróżniać złodziei od „kelnerów”.

24.12.2017

Wigilia

Kiedyś czułem wielką magię świąt. Podniecałem się nimi, cieszyłem się z ich klimatu. Nigdy nie dostawałem wielkich prezentów, ale zostałem w sumie tak wychowany, że nie były mi one potrzebne do szczęścia. Do dziś tak mam…

Następnym etapem mojego życia było poczucie, że w święta nie ma już tego magicznego klimatu. Czar prysł, a ja kompletnie nie czuję już tego czegoś wewnątrz. I w sumie przez parę lat nad tym rozpaczałem. To takie dziwne uczucie. – Są święta, chcesz czuć się jak dawniej, ale nie czujesz. Jesteś rozżalony, smutny i bezradny.

I przyszedł czas na to, że nie czuję kompletnie magii świąt, ale kompletnie mi to nie przeszkadza. No dobra. Może brakuje mi trochę śniegu, ale poza tym nic. Dzięki temu czuje się wolny i spokojny.

Zastanawiam się teraz jaki kolejny etap związany ze świętami Bożego Narodzenia mnie dopadnie? – Była radość, rozdarcie między radością a neutralnością, a teraz mam nastawienie neutralne. Co będzie dalej? Życie zapewne znów mnie zaskoczy i to jest w nim piękne…

9.11.2017

„Kto zabił Kurta Cabaina?”

Ian Halperin i Max Wallace w swojej książce zatytułowanej „Kto zabił Kurta Cobaina?” – zastanawiają się…. – kto zabił? Nie jest zapewne dla Was tajemnicą, że oficjalny raport policyjny mówi o tym, że wokalista słynnego zespołu Nirvana popełnił samobójstwo. Autorzy książki, choć nie mają żadnych dowodów na to, że było inaczej, przedstawiają w bardzo interesujący sposób jego historię życia i śmierci. Przedstawiają wątki, sceny, wydarzenia, zeznania świadków i w sumie przez całą książkę sugerują, kto mógł być jego katem.

Przyznaję, że książkę czyta się z przyjemnością, oprócz pierwszych 20 stron, w których opisują jaki kolor kupy robił w pieluchy. – Rozumiem, że dla „mega fana Cobaina” może to być interesująca opowieść, jednak dla człowieka chcącego tylko wiedzieć kto zabił Kurta Cobaina, takie pierdoły nie robią wrażenia. Reszta książki jest przyjemna w odbiorze i daje wiele światła na sprawę jego śmierci…

Nie wiem kim są autorzy książki i jak postrzegają ich Amerykanie. Ale jeśli jest tyle tropów i śladów, a nawet samych świadków dziwnych wydarzeń, to aż dziw, że tamtejsza prokuratura nic sobie z tego nie robi. Ja na podstawie tej książki skazałbym oskarżaną osobę na szubienicę, ale problem polega na tym, czy z tą sprawą nie jest trochę tak jak z „katastrofą Smoleńską”. – „Mgła była sztuczna”; „brzoza nie mogła urwać skrzydła”; „świadkowie słyszeli wybuch” i takie tam rzeczy.

Książka ta oddaje także realia lat 90-tych ubiegłego wieku w sprawach policyjnych w USA. – Najłatwiej było wpisać w rubryce „samobójstwo”, bo sprawa była załatwiona i nie trzeba było przeprowadzać śledztwa. Cobain był ćpunem, więc przyklejenie mu łatki „samobójcy” nie było trudne. Poza tym osoby prowadzące dochodzenie oraz sekcję zwłok mogły mieć powiązania z osobą, która uznawana jest przez wielu za mordercę Kurta, albo przynajmniej zlecenia zabójstwa.

Mam wrażenie, że gdyby nie smierć Cobaina, to tak naprawdę zespół Nirvana dziś mogłoby znać niewielu. Zespół prawdopodobnie po nagraniu słynnego „Smells Like Teen Spirit” i tak by się rozpadł, a gdyby nie ta zagmatwana śmierć, to może dziś niewielu pamiętałoby o tym nagraniu?

Nie zdradzę Wam tajemnicy jeśli powiem, że autorzy książki nie znaleźli sprawcy, jak i nie mają żadnych oficjalnych dowodów na to, czy ktoś ingerował w śmierć Kurta Cobaina czy nie. Ich teorie, zeznania świadków, wyniki detektywistycznego śledztwa są tylko nieoficjalnymi informacjami, których policja nawet nie tknęła. Gdyby ktoś go zabił i byłoby wiadomo kto, to dziś nikt nie zadawałby sobie pytania – „Kto zabił Kurta Cobaina?”. Należy jednak pamietać o tym, że ta historia nigdy się nie wyjaśni, no chyba, że czyjeś wyrzuty sumienia wreszcie sięgną zenitu, albo na łożu śmierci zechce „wyspowiadać” się ze swoich grzechów.

Pewnie nigdy nie dowiemy się całej prawdy, a może rzeczywiście targnął się na swoje życie, bo nie mógł znieść […], a teraz jedynie dogrywamy sobie chore teorie spiskowe? – I już sam nie wiem, czy powinnyśmy sobie zadawać pytanie „kto zabił Kurta Cobeina?” czy raczej „Dlaczego Kurt Cobain popełnił samobójstwo?”.

26.10.2017

„A Ghost Story”

Po tytule wpisu, a dokładniej filmu o tym tytule, pewnie wielu z Was spodziewa się horroru o nawiedzonym domu, wściekłym duchu i zbliżającym się nieuchronnie halloween, by dorwać ten film i w nocy na przełomie października i listopada srać ze strachu oglądając go. Nic bardziej mylnego. Ten film nie dość, że Was nie przestraszy, to podkreślę to – wzruszy Was, a niektórych do łez.

W filmie “A Ghost Story” reżyser przedstawił świat oczami ducha. Co prawda nic nie mówi, nie straszy, po prostu skazany jest na to, że jest. Obserwujemy go przez niemal cały film i nasuwają nam się różne uczucia, a jakie to już zależy od naszej wrażliwości. Nie jest to straszna historia, lecz smutna, a to kompletnie inna wizja świata duchów, niż ta przedstawiana w horrorach.

Dopadłem do tego filmu z wielką dozą nieufności, ale niesiony doświadczeniami filmów niszowych wiem, że skrywają w sobie więcej sensu, niż najlepsze hollywoodzkie produkcje. I ten właśnie film, dał mi wiele do myślenia. Każdy co prawda wyniesie z tego filmu swoje doznania, ale według mnie film ten pokazuje, że bycie żywym wśród ludzi, to wcale nie najgorsza perspektywa. Choć wydaje nam się, że niewiele możemy tu zdziałać, to tak naprawdę możemy zrobić wszystko. Gorzej, gdy przejdziemy na drugą stronę…

W trakcie oglądania – w 73-minucie filmu pomyślałem, że powinien on się w tym momencie zakończyć. Jednak ciągnął się dalej i choć nie miałem pojęcia co reżyser chce przez to osiągnąć, w trakcie oglądania odnalazłem sens. Uważam, że to jeden z najlepszych filmów z duchami w roli głównej. I o dziwo, jako wielbiciel horrorów, to właśnie film “A Ghost Story” traktuję jako najlepszy, choć jak już wcześniej pisałem nie jest horrorem, a – no właśnie do końca nie wiem czym? – Dramatem, fantasy, romansem?.

I już na sam koniec. Myślisz sobie – “nie lubię horrorów”. – To świetnie się składa, bo ten film z horrorem nie ma nic wspólnego. Zastanawiasz się, czy warto obejrzeć go ze swoją dziewczyną? – Jeśli ma ona jakiekolwiek uczucia i wrażliwość, to może być Wasz najlepszy film w tym roku, a być może nawet najlepszym filmem jaki kiedykolwiek oglądaliście…

25.09.2017

„It” / „To” czyli clown, który straszy(ł)

Jakaż to wielka radość ogarnęła moje „straszne serce”, gdy dowiedziałem się, że powstał remake kultowego horroru „It” / „To”. Pamiętam, gdy pierwszą wersję filmu emitowano w latach 90-tych w telewizji. Ponieważ byłem wtedy dzieciakiem i nie mogłem sobie pozwolić, by obejrzeć ten film w telewizji w nocy, to nagrałem go na VHS. Jakież to odległe czasy. – Lata 90-te, kaseta VHS…

Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu horror ten wszedł do polskich kin z wielkim impetem. Nie ma znaczenia, czy mieszkasz w Warszawie, Poznaniu, Łowiczu, Gnieźnie, Turku czy na „Wygwiździjewie”, niemal wszędzie ten film wszedł do kin. Nie mogłem nie skorzystać z takiego zaproszenia i wybrałem się na horror „To”, który w przeszłości sprawił, że clown stał się dla mnie synonimem strachu i zła, a nie zabawiaki i rozśmieszacza.

Zwiastun filmu jest genialny, bo jak zapewne wiecie zawiera w sobie najlepsze sceny. Zwiastun także przypomniał mi starą wersję filmu i radość jaką czerpałem z jego oglądania. Niestety, nowa wersja filmu kompletnie mnie do siebie nie przekonała, na dodatek po raz kolejny w filmie grozy spotykam się z wiekszą liczbą elementów komedii niż horroru. Może dla dzieciaków ten film jest fajny, ale dla kogoś kto pamięta pierwszą wersję filmu, to już zapewne nie. Dlaczego? Nieraz tak jest, że przeceniamy filmy, rzeczy i zdarzenia z naszej młodości. Gdy jednak do nich wracamy czujemy się znużeni i zawiedzeni. – Takie właśnie mam odczucia odnośnie nowego filmu „To”.

W kinie zdziwiło mnie, że na ten rzekomo horror wchodziło mnóstwo dzieciaków. Niektóre ledwo wystawały powyżej oparcia fotela. Oglądając ten film ma się wrażenie, że to kino familijno-przygodowe dla najmłodszych i to dlatego dzieciaki wchodziły na niego hurtem. Gdy ja, jako dzieciak oglądałem film „To” 20 lat temu, stał się on dla mnie jednym z niewielu horrorów, które dobrze pamiętam. To właśnie dzięki temu filmowi zacząłem bać się clownów i trwało to do dziś… Do momentu, gdy nie obejrzałem nowej wersji filmu wszystko to zostało tak po prostu zdewaluowane. Może gdybym przestał bać się wysokości, to byłaby fajna terapia, ale przestać się bać przerażającego clowna, to dla mnie dramat, a nie horror. Myślę więc, że dla młodego pokolenie ten film niewiele wniesie, a może nawet zamiast bać się clowna, będą do niego lgnąć?

W filmie jest wiele scen przemocy między dzieciakami, duża ilość przekleństw i zapewne byłoby też dużo seksu, gdyby głównymi bohaterami nie były dwunastolatki. Efekty kompletnie nie powalają na kolana, a wręcz psują film. Po raz kolejny przekonałem się, że nie ma sensu ruszać przeszłości i nie ma sensu oglądać remaków kultowych już horrorów, bo jak zwykle spierdolą to totalnie.

Na końcu filmu pojawił się napis „Chapter I”. I wszystko stało się jasne. Powstanie drugi rozdział, czyli druga część filmu, gdy clown powróci do miasteczka 27 lat później, a ów dzieciaki będą już dorosłe. Myślę sobie, że w tej drugiej części będą się jebać (ruchać) bez opamiętania. Z pierwszej części zrobili kino familijne o wulgarnych dzieciakach, a drugi będzie pewnie wykwintnym porno, wrzucony do działu horroru.

17.09.2017

Jesteś twardy jak sztuczny kutas babci Gieni

Ostatnio miałem nieprzyjemność pracować przez dwa dni z człowiekiem, który z pozoru sprawia wrażenie twardziela i faceta z krwi i kości. Gdzie on nie był, czego nie widział i jakich „lasek nie uprawiał”. Słuchasz o jego alkoholowych szaleństwach, seksualnych podbojach i niesamowitych opowieściach, jak to na pierwszej godzinie nauki na prawo jazdy na samochód ciężarowy wykonywał wszystkie manewry w sposób tak imponujący, że instruktor po pierwszej lekcji puścił go samego na parking przy swojej bazie oddalonej o 5 kilometrów od placu manewrowego. Jego wielkość i aura narcyzmu przekraczała na skali Geigera wszelkie wartości, aż świecił się z zajebistości….

I nagle ten sam człowiek, wspaniały i cudowny, wielki i nietuzinkowy, szaleńczy i czadowy słyszy komendę od swojego szefa:

„No chłopaki, bierzemy się za robotę i idziemy kłaść wełnę mineralną na dach.”

Niemal ze strachu przed gryzącym i nieprzyjemnym pyłem się nie popłakał. W jego oczach było widać strach, a drżenie strun głosowych sprawił, że przemówił piskliwym głosem: – „mam uczulenie”….

Jak to życie szybko weryfikuje twardziela i robi z niego błazna, który był chuj wie gdzie, chuj wie z kim, a tu nagle taka wtopa. Prawdziwy twardziel z krwi i kości. – Zapewne każdy z Was zna takiego debila…

13.09.2017

Po prostu jeleń

Pamiętam jak znajomi moich rodziców mówili mi – „jaki bystry chłopak”, „jaki mądry” – ble ble ble, by no wiecie, podnieść moje morale. Moi rodzice także wypowiadali się o mnie w takim tonie. 20 lat później będąc w towarzystwie ludzi, który studiowali bądź studia ukończyli i debatując z nimi na wszelkie tematy padło pytanie. – Jaką skończyłeś szkołę? – Zawodówkę – odpowiedziałem. Chwila konsternacji i zdziwienie. – Przecież nie jesteś aż taki głupi…

Zdaję sobie sprawę, że ukończenie szkoły zawodowej jest najgorszym wykształceniem jakie mogło mi się przydarzyć. Jestem świadom tego, że zaprzepaściłem swoją życiową szansę nie idąc do szkoły średniej, nie zdając matury i nie idąc na studia. Jestem świadom, że każdą z tych szkół mógłbym ukończyć bez większych problemów […] – Ale nie o tym teraz…

I nagle przypomniało mi się hasło, które sprayem w latach 90-tych nabazgrane było „na rogu” sklepu spożywczego Społem, obok którego przez ponad dekadę przechodziłem do szkół:

Spotkamy się na rogu – jeleń.

Widziałem ten napis 5 razy w tygodniu, rozstając się z nim na weekendy, ferie i wakacje. Przez ponad 10 lat kompletnie go nie rozumiałem, aż do momentu gdy 20 lat później powiedziałem o nim swojej narzeczonej, a ona roześmiała się w niebogłosy rozumiejąc go w jednej sekundzie. – Tak po prostu, spotkamy się na rogu – jeleń. – Już rozumiem poziom swojego wykształcenia i uważam, że jest on adekwatny do mojego obecnego stanu intelektualnego…

Z wyrazami szacunku:
Kurdu.pel Jeleń 😉