Blog

Policjantem być

9 listopada 2018
Kategoria: Blog tagi: , , ,

W naszym narodzie jest takie przeświadczenie, że policjant to „HWDP”. Nie lubimy ich i w sumie gdybyśmy mieli powiedzieć dlaczego ich nie lubimy, to nie wiedzielibyśmy co odpowiedzieć? Może znalazłby się jeden argument, że wypisują nam mandaty. – Ale jednak dostając mandat za przekroczenie prędkości na drodze, to nie wina policjanta, że ją przekroczyliśmy, tylko nasza.

Gdy potrzebujemy pomocy, czy to z powodu wypadku, włamania, kradzieży, czy innej krzywdy, śmiało łapiemy za telefony i dzwonimy po policję. Mimo naszej niechęci do nich, dzwonimy do nich wierząc, że nam pomogą. – Czy skutecznie to zrobią, to już inna para kaloszy.

W ostatnim czasie głośno jest o strajku policjantów. Między innymi dlatego prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz nie wydała zgody na masz w dniu Niepodległości. – Brak obsady policjantów i ich za przeproszeniem „wyjebane” na dbanie o porządek to na niej wymusza.

Strajkujący policjanci mają sześć postulatów, ale tylko jeden z nich pamiętam – 650 złotych podwyżki od zaraz. Zgadzam się z nim w stu procentach, bo nie może być tak, że policjant zarabia tyle, co kasjerka w markecie. Nie żebym uważał kogoś za lepszego czy gorszego, ale policjant nadstawia każdego dnia swoje zdrowie i życie, więc jakiś szacunek w pracę policjanta powinien być.

Rozmawiałem ostatnio ze znajomym policjantem w tej strawie i zauważyłem pewien dziwny trend w myśleniu. Strajkujący policjanci masowo biorą zwolnienia L4. Policjanci na służbie nie wypisują mandatów, albo wypisują ich o wiele mniej i ogólnie mają olew na całą sytuację. Znajomy policjant mówił, że wszyscy mieli nadzieję, że skoro nie ma patroli przy drogach, to będzie więcej wypadków, a okazuje się, że jest mniej. W dniu wszystkich świętych wysłali tylko jeden patrol policji na cmentarz licząc, że będą stłuczki i inne zdarzenia, a okazało się, że była tylko jedna stłuczka w całej gminie, bo kierowca zagapił się i uderzył w tył samochodu przed nim. A na koniec, mają nadzieję, że 11 listopada w pochodach, wiecach i manifestacjach będzie rozpierducha, by wreszcie zauważono, że policjant strajkuje.

I już chyba znalazłem powód, dla którego policjant nie jest szanowany przez normalnego obywatela. Chyba chodzi o to, że nie są to ludzie z powołania do służby, ale z powołania do szybkiej emerytury. Nigdy jeszcze nie słyszałem, że ktoś idzie do policji, bo zawsze o tym marzył. Każdy powtarza argument – „jeszcze 5 lat i będę miał emeryturę”. Oczywiście nie można wrzucać wszystkich do jednego wora…

Wyobrażacie sobie sytuację, w której strajkują np., strażacy i marzą o tym, by w okolicy było więcej pożarów i wypadków, a gdy już dojdzie do tragedii ociągali się z niesieniem pomocy? Zapewne jak w przypadku policjantów, nie można wrzucać wszystkich do jednego wora, są też tacy strażacy, którzy sami podpalali, by wyjechać na akcję i dostać kasę, ale to zazwyczaj strażacy OSP, dla których kasa jest ważniejsza od służby.

Miejmy nadzieję, że marzenia policjantów o szerzących się wypadkach, kradzieżach, rozbojach i innych złych sytuacjach się nie spełnią, a uświadczą ich tylko w przekonaniu, że źle wykonują swoje obowiązki i że naród nie jest dumny z tego, że w zdecydowanej większości są to zwykłe barany chcący poprzeć swoje argumenty strajkowe krzywdą innych.

Przykra sprawa jest też taka, że ta złodziejska część obywateli cieszy się z akcji strajkowej policjantów, a media na szczeblu lokalnym wypisują teksty w stylu, że na nocnej zmianie pracuje czterech policjantów na cały powiat. Złodzieje się cieszą, policja także. Nigdy bym się nie spodziewał, że w morale tego posta napiszę tekst w stylu „szczęśliwy złodziej = szczęśliwy policjant”. – Znalezienie takiego wspólnego mianownika jest – albo winą samej policji, albo mojego nierozsądnego myślenia. – Ale to już pozostawiam Waszej ocenie…

Internetowy sklep Media Expert

4 listopada 2018
Kategoria: Blog tagi: , , , ,

Na początku września ja i moja narzeczona kupiliśmy kilka produktów do kuchni o łącznej wartości prawie sześciu tysięcy złotych w internetowym sklepie Media Expert. Wśród nich znajdował się zlew, który okazał się za duży. Wszystko byłoby w porządku gdyby nie fakt, że zlew umiejscowiony jest na wprost okna i decydując się na jego montaż, musielibyśmy zrezygnować z możliwości otwierania jednego skrzydła. Warto tu dodać, że o tym, że zlew jest za duży dowiedzieliśmy się dopiero wtedy, gdy stolarz zamontował nowe meble. – Niestety było to ponad miesiąc od dokonania zakupu.

Zlew kosztował 855 złotych, a my musieliśmy zaopatrzyć się w nowy, tym razem mniejszy, ale niemal w tej samej cenie. Pokusiliśmy się napisać do biura obsługi klienta Media Expert w sprawie zlewu, czy możliwy by był zwrot, zaznaczając, że zdajemy sobie sprawę, że już dawno temu minęły ustawowe 14 dni na zwrot towaru. Poproszono nas o zdjęcia produktu jak i kartonu. Zrobiliśmy zdjęcia, wysłaliśmy je na e-mail i następnego dnia dostaliśmy odpowiedź, że wyjątkowo możemy dokonać zwrotu.

Hura! Wysłaliśmy zlew kurierem i liczyliśmy na zwrot pieniędzy. Po paru dniach okazało się, że zlew podczas transportu został uszkodzony. Byliśmy pewni, że z naszej radości i pieniędzy będzie figa – ani zlewu, ani kasy. Na szczęście w polu „wartość paczki” podaliśmy kwotę 855 złotych, więc odbiorca paczki czyli Media Expert spisał z kurierem protokół szkody. W takim przypadku to nadawca powinien walczyć z kurierem o odszkodowanie, ale BOK podesłało nam wzór pisma, byśmy zrzekli się roszczeń w imię firmy odbierającej przesyłkę (Media Expert). Po jego wypełnieniu i przesłaniu, pieniądze po kilku dniach trafiły z powrotem na nasze konto.

Zazwyczaj opisując jakąś sprawę na tym blogu, są to sprawy które potoczyły się niekorzystnie. Tymczasem, nie dość, że mogliśmy zwrócić zlew ponad miesiąc po jego zakupie, to jeszcze sprawy związane z uszkodzoną przesyłką spadły na Media Expert, a nie na nas. Jesteśmy nie tyle „potajeni” całą sytuacją, ale także mile zaskoczeni. Nie wiem, czy to kwestia dużych zakupów sprawiła, że mogliśmy zwrócić zlew, czy to kwestia podejścia do klienta? Tak czy siak pieniądze wróciły na swoje miejsce, a dzięki możliwości zwrotu towaru po czasie, upewniło nas to w przekonaniu, że potraktowano nas naprawdę wyjątkowo…

Pozdrawiamy cały dział obsługi klienta Media Expert oraz życzymy wszystkim tym, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji do naszej, by mieli tyle szczęścia co my. Pragniemy także podkreślić, że nie jest to wpis sponsorowany i nie otrzymaliśmy za niego żadnych pieniędzy. W sumie możliwość zwrotu towaru po czasie i otrzymanie zwrotu pieniędzy była dla nas większą frajdą i radością, niż jakikolwiek sponsoring. Szczerze mówiąc, to internetowy sklep Media Expert sam sobie zasłużył na taka opinię…

K@#Ø%!

27 października 2018
Kategoria: Blog tagi: , , , ,

5 października dwa psy „wilczury” pogryzły moje dwa kundelki. Efektem tego pogryzienia było to, że jeden mój przyjaciel umarł na stole operacyjnym, a drugi zmarł po sześciu dniach z powodu niewydolności nerek. – Nie będę opisywał co widziałem i co się działo, bo jest to dla mnie zbyt trudna rzecz…

W efekcie całego zdarzenia, warto podkreślić, że psy sąsiada nie pierwszy raz i zapewne nie ostatni chodzą po okolicy i „zjadają” wszystko, co się rusza. Skoro przez kilka lat nie docierały do nich uwagi z naszej strony o trzymanie psów na swojej posesji, zadzwoniłem na policję. Zgłaszając to zdarzenie na 997 zostałem wykpiony przez dyspozytora policji, który powiedział mi, żebym w takiej sprawie zgłaszał się do dzielnicowego. – Cóż, zadzwoniłem do dzielnicowego, przyjechał i przyjmując sprawę niemal śmiał mi się w oczy. Poza tym pierwsze pytanie jakie padło – czy moje psy były szczepione? – Rozumiecie w czym rzecz? Moje psy niemal zjedzone żywcem, a on się pyta, czy były szczepione. Brzmi to trochę jak – teraz musimy martwić się, czy psy sąsiada czasami z mojej winy nie są zagrożone wścieklizną.

W takich sytuacjach czuję się bezradny. W złości, gniewie, wściekłości, żalu i smutku, miałem ochotę wejść na posesję sąsiada i siekierą porąbać jego psy, a gdyby właściciel chciał się przeciwstawić, także i jego. Problem jednak w całej tej sytuacji polega na tym, że gdybym wszedł na jego posesję i zabił mu psy, mógłbym dostać za to maksymalnie 3 lata bezwzględnego więzienia. Jednak gdy jego psy, których de facto nie tyle nie upilnował, ale celowo je wypuścił, nie grozi mu kompletnie nic. Żadna kara, żadne zadośćuczynienie w moją stronę.

Gdyby tego było mało, nikt do mnie nie przyszedł z przeprosinami za całą sytuację. Kompletnie nic się w ich oczach nie wydarzyło. Po kilku dniach dniach, gdy weterynarz wystawił fakturę na kwotę 3,800 złotych, przyszedł do mnie właściciel psów z numerem polisy ubezpieczeniowej OC i oświadczeniem, że przyznaje się do winy. Już sam nie wiem, czy Bóg czuwał nade mną, czy nad nim, że przyszedł prawie 10 dni po zdarzeniu. Emocje nieco opadły, moja chęć porąbania ich siekierą zmalała do tego stopnia, że go nie porąbałem. Gdyby przyszedł wcześniej, on byłby po tej samej stronie co moje psy, a ja oglądałbym świat zza krat.

W całej tej historii wygląda to tak, że jako właściciel psów przeszedłem koszmar, widok pogryzionych psów, walka o ich życie, stres, zamartwianie się i nieprzespane noce, a winowajca całego zajścia – sąsiad oczywiście niemal śmieje mi się w twarz. Gdy był u mnie – co prawda nie powiedział tego wprost, ale zabrzmiało to coś w stylu. – Moje psy są duże, twoje były małe, no to wygrały silniejsze.

Przypomina mi się sytuacja z 2014 roku, gdy pijany kierowca wyjebał w mój płot, a ja zadzwoniłem na policję. Wyobraźcie sobie, że gdy składałem na komisariacie zeznania o zajściu, policjantka pisząca protokół zapytała mnie, czy naprawdę chcę zgłosić to zdarzenie?! Po czasie miałem wrażenie, że większość ludzi miała do mnie pretensję o to, że zgłosiłem sprawę na policję. Już wiem, że w sprawie moich psów i wezwania policji na miejsce zdarzenia, też będę miał ciężkie życie. Na wsi dla większości ludzi posiadanie psa, to jak posiadanie wideł, które jak się złamią, to się je wyrzuca. Problem polega na tym, że ja oprócz posiadania psów, także je kochałem. Nie oczekuję, że ktoś kto nie miał psa i nie kochał go zarazem zrozumie moją sytuację.

W rezultacie całej sytuacji, straciłem dwóch wspaniałych przyjaciół, kompanów spacerów po lesie i okolicy, a także sens mieszkania tu, gdzie mieszkam. Mój sąsiad stał się moim wrogiem, więc mieszkanie tu stało się piekłem. A dla sąsiada, życie toczy się dalej, jego psy szczekają na podwórku i nawet nie zapłaci za to zdarzenie ze swojej kieszeni, bo zrobi to za niego ubezpieczyciel.

Pisałem tu dość chaotycznie i być może bez sensu, bo jestem pod wpływem silnych emocji. Ale niech z tej całej sytuacje wyłonią się pewne morały i nauka na przyszłość. Jeśli twój sąsiad posiada psy, które tułają się po okolicy, zwróćcie mu uwagę, ale tylko jeden raz. Później za każdym razem zgłaszajcie ten fakt na policję. Gdybym posłuchał swojej Asi i zgłaszał jego psy za każdym razem, gdy wyszły poza posesję, być może nigdy nie powstał by ten wpis, a teraz zamiast się nad sobą użalać, ściskałbym swoje pieski. Niestety tolerancja z mojej strony w stosunku do sąsiadów stała się dla mnie nauczką i tu niestety należy przypomnieć znane polskie powiedzenie „Mądry Polak po szkodzie”

Kościelne dzwonki co godzinę

23 października 2018
Kategoria: Blog tagi: , , , ,

Mieszkam w okolicy, w której co godzinę od 6 rano do 21 włącznie pobliski kościół emituje dźwięki religijne. Gdybym napisał, że mi przeszkadzają, to zapewne wielu katolików powiedziałoby do mnie „niewierny”. Bardziej neutralni powiedzieliby, temu to wszystko przeszkadza. Otóż problem polega na tym, że rzeczywiście mi to przeszkadza i kompletnie nie chodzi o to, że to dźwięki pochodzące z kościoła, ale o to, że po prostu są. I w sumie nie ma tu kompletnie znaczenia ilu ludziom to przeszkadza, ilu ludzi o tym nie mówi publicznie i ilu to akceptuje…

Wyobrażam sobie, że ktoś może moje wyrzuty względem melodyjek zakwalifikować, że śmiem obrażać kościół. – Po pierwsze, ja go nie obrażam, to kościół swoimi natrętnymi dzwonkami katuje mnie, a nie ja jego. Po drugie, gdyby można było podać przykład, w którym inni mógliby poczuć się urażeni to napiszę: – Wyobraź sobie, że twój sąsiad, co godzinę od 6 do 21 godziny wypuszcza smród szamba na 30 sekund. Tak mocny smród, że nie możesz wysiedzieć w domu. – Czy jeśli oburzysz się na sąsiada, to będziesz tym „złym”? Jeśli twój sąsiad zmusza cię do wdychania przenikliwie niesmacznego smrodu, to znaczy, że w jakiś sposób ingeruje w Twoje życie, a nie na odwrót. I to właśnie taka ingerencja jest nie fair.

Inny przykład? Proszę bardzo. Mieszkasz w mieście, a na przeciwko twojego domu jest dom publiczny. Dopóki jest cicho, a w oknie widać czerwone zasłony i światło nic się nie dzieje. Ale gdyby alfons z burdelu postanowił rozreklamować swój biznes wystawiając w witrynie gołe kobiety, rozkładające swoje nogi, a w dodatku widziałyby to twoje dzieci i żona, zapewne nie byłbyś zadowolony. To trochę tak, jak za młodu marzyłeś o tym, by zalegalizować marihuanę, a gdy już jesteś starszy boisz się, że sięgną po nie twoje dzieci.

Nie chcę nikogo obrażać, nie porównuję kościoła do burdelu, marihuany, ani do smrodu szamba. Podałem tylko dobitne przykłady, byś mógł zrozumieć, że nie każdy sobie życzy, by w jego domu był kościół od rana do nocy. Chcesz słuchać dzwonków kościoła? Idź do kościoła. Niech kościół nie przychodzi do mojego domu, bo tu nie ma znaczenia, czy jestem katolikiem czy nie, ale przeszkadza mi, że co godzinę napierdalają mi dzwonki po uszach, bo ksiądz, albo inni ludzie tego chcą. A gdybym tak ja chciał co godzinę emitować heavy metalowe brzmienia, by każdy pobliski mieszkaniec słuchał je co godzinę od 6 do 21? Byłoby fajnie?

W słowniku jest takie słowo jak empatia. Gdyby ktoś nie wiedział co oznacza, polecam zapoznać się z nim w Wikipedii. Kościół, czyli religia w tym przypadku jest „ślepa” i nie rozumie,  że komuś te melodie przeszkadzają. Kościół jest zbyt egoistyczny by zrozumieć, że nie jest sam na tym świecie, a jego natrętne i głośne melodie zamiast przybliżać do siebie, odpychają.

Wartość sentymentalna

14 października 2018
Kategoria: Blog tagi: , , ,

Wyobraźcie sobie, że posiadacie w swojej ciasnej piwnicy mały rowerek, którym jeździliście w czasach swojego dzieciństwa. Mimo, że nigdy nie będziecie na nim jeździć, że zawsze przestawiany jest z kąta w kąt i że zawsze gdy wchodzicie do piwnicy jebniecie się kolanem o jego kierownicę, to nie oddacie go, bo ma dla Was wartość sentymentalną. Wartość, o której nigdy nie zapomnicie i z której nigdy nie skorzystacie fizycznie – no bo kto będzie wsiadał na mały rowerek, zapewne z przebitymi dętkami?

Możecie więc zachować sobie tą wartość sentymentalną we własnej pamięci, zrobić rowerkowi zdjęcie, zachować je na komputerze, a rowerek sprzedać. – Zarobić kilka złotych, odzyskać zajęte miejsce w piwnicy i przestać walić kolanami po kierownicy… Ale wtedy Wasze puste miejsce w piwnicy już na zawsze będzie smutne, a w głowie oprócz wartości sentymentalnej, zapełni się żalem i smutkiem, że już go nie ma. Jeśli więc ktoś Wam powie, że wartość sentymentalna nie ma żadnej wartości, to powiedzcie mu, żeby spierdalał – i zróbcie to bez sentymentu…

„Jedyne czego pragnę w życiu…”

23 września 2018
Kategoria: Blog tagi: , , ,

Przez dużą część swojego życia byłem człowiekiem o negatywnym myśleniu. – Można by nawet dodać oliwy do ognia i powiedzieć z całym przekonaniem, że byłem człowiekiem depresyjnym. Dopiero niedawno zrozumiałem, dlaczego tak było i dlaczego tak dużo młodych ludzi cierpi na depresję.

Przez całe życie wmawia się nam, by mieć dobrą posadę, super samochód, świetny dom, a żoną była miss Polski. Problem jednak w tym, że tego typu przekazy o idealnym życiu przesyłają nam idole, media, znajomi i ogólnie tak postrzega się szczęście. Niektórzy z nas zdają sobie sprawę, że to niemożliwe, bo to, bo tamto, bo jestem gruby, brzydki, nie dam rady i takie tam.

Należy sobie jednak zdać sprawę, że to czego ty chcesz w życiu może mocno różnić się od tego, czego chce większość, albo jak tą wizje kreują media i osoby publiczne.

“Jedyne czego pragnę w życiu to być szczęśliwym”. – Takie proste i banalne powiedzenie, które w ustach mojego idola Jonathana Davisa brzmiało jak słowo Boże. Zrozumiałem, że szczęściem nie musi być bogactwo, piękno czy bycie celebrytą. Można być szczęśliwym będąc bezdomnym, szukającym jedzenia w śmietniku. Szczęścia nie da się opisać i nie da się go przeżywać tak, jak robią to inni. Jest nieodkryte i piękne samo w sobie. Jeśli to zrozumiesz, osiągniesz szczęście nie mając nic….

Monitor Eizo EV-2451

2 września 2018
Kategoria: Blog tagi: , , , , ,

Zakupiłem monitor EIZO EV-2451 WT. Gdybym miał porównać jego obraz z jego poprzednikiem Philips, to można by powiedzieć tak skromnie, że to przesiadka z malucha, na… Mercedesa Citroena. Niestety nie mogę dać lepszego porównania, ale tylko dlatego, że nigdy nie prowadziłem Mercedesa, a jestem w posiadaniu Citroena. – Jeśli jednak ktoś z Was miał przyjemność jeździć “małym Fiatem”, to zapewne rozumie jaka jest przepaść wsiadając w choćby troszkę mocniejszy i większy samochód.

Kupiłem ten monitor z dwóch powodów. Mój poprzedni monitor miał rozdzielczość 1320 na ileś tam, a ten jest full HD, co nie jest dziś już niczym nadzwyczajnym. Po drugie podoba mi się jego design. Ta cieniutka ramka ogrywa w nim kosmiczną rolę. – Jak jest włączony patrzę na obraz, a jak jest wyłączony, to podziwiam jego milimetrową ramkę.

Podoba mi się także funkcja automatycznego dopasowywania jasności obrazu do warunków panujących w pokoju. Jeśli wali w niego jasne światło, obraz się rozjaśnia i widać na ekranie wszystko. Gdy zasłonię rolety lub zgaszę światło obraz po kilku sekundach przyciemnia się i nie wali po oczach jak ciężarówka na “długich światłach”.

Monitor można także obrócić w pionie w obie strony, ta funkcja nazywa się pivot. Ciekawostka i pewna rada dla tych, którzy mają tę funkcję i nie wiedzą jak ją uruchomić. Na Mac Mini firmy Apple należy wejść w „preferencje systemowe”, następnie w „monitory”, a tam wybrać „obrót” – 90, 180, 270 stopni i obrócić ekran.

Długo się zastanawiałem się nad jego zakupem. Powodem niezdecydowania było to, że jego poprzedni model EIZO EV-2450 jest o 400 złotych tańszy niż ten. Jednak posiada grubszą ramkę na dole monitora, a podobno także stopka jest ogromnych rozmiarów o czym można poczytać w komentarzach pod tym produktem.

Zadziwia mnie w nim także to, że w ogóle się nie nagrzewa. Po kilku godzinach działania dotykałem go wszędzie, nawet złapałem go za jaja i nic. – Zimny jak wieczna zmarzlina. – Podobnie ma się sprawa z ekranem. To też dobra wiadomość, bo latem gdy w pokoju robi się gorąco jak w piekle, nie generuje dodatkowych stopni Celsjusza. – No dobra, może lekko wyczuwalne ciepło jest po kilku godzinach….

Oczywiście nie jestem fachowcem w dziedzinie monitorów i nie powiem Wam nic o pikselach, kolorach, odcieniach szarości, czerni i bieli. Tak naprawdę to nawet nie wiem o co w tym chodzi, ale obraz jak dla mnie jest genialny.

Mawia się, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Po ponad roku od zakupu monitora pojawiła się awaria. Na ekranie pojawiła się zielona linia od góry do dołu ekranu. Zgłosiłem ten fakt na oficjalnej stronie EIZO w dziale „reklamacja”, wypełniłem wniosek online, podając numer fabryczny monitora, datę zakupu i numer faktury. Następnego dnia otrzymałem wiadomość, że mam zadzwonić do kuriera i zgłosić wysyłkę na koszt firmy…

Po sześciu dniach otrzymałem monitor z powrotem. Wymieniono w nim całą matrycę, więc można powiedzieć, że cieszę się z nowego monitora. Oddając monitor na gwarancję miałem „przejechane” 1687 godzin, a otrzymując go z powrotem 0. Została tylko stara obudowa, która wygląda jak nowa.

Monitor kosztował 1800 złotych, po roku doszło do awarii. Nie wiem, czy ta jakiś fabryczny defekt, ale przyznaję, że serwis gwarancyjny w EIZO działa świetnie. To właśnie w trudnych chwilach poznaje się profesjonalizm firmy. Wiadomo, że przy zakupie wszyscy w sklepie są uśmiechnięci i polecają wszystko co się da, a gdy już kupisz i się spierdoli, to martw się sam. – Nie w przypadku serwisu EIZO, a dokładniej mówiąc serwisu Alstore.

Przestrzegam wszystkich przed zakupem monitorów czy smartfonów przez internet np., na Allegro bez faktury. Bez tego dokumentu, możesz sobie pomarzyć o jakimkolwiek serwisie gwarancyjnym!

Mimo awarii, monitor uważam za zajebisty. Serwis gwarancyjny bezproblemowy. Na koniec dodam tylko, że kupiłem go przez stronę internetową Cortland.pl. Gdy okazało się, że nie mam w pudełku gwarancji i faktury, przesłali mi je pocztą po około tygodniu od zgłoszenia. A warto dodać, że zwróciłem się do nich po papiery ponad rok od zakupu. To też pokazuje profesjonalizm i dobre podejście do klienta. – Gdy już dostałem duplikaty papierów z Cortland okazało się, że oryginalna gwarancja i faktura znajdują się w folii doklejonej z boku paczki z monitorem. W całej tej sytuacji okazało się, że to jak zwykle ja jestem najmniej profesjonalny – hehe…

„Na zachód od Alice Springs”

29 sierpnia 2018
Kategoria: Blog tagi: , , , ,

Na kanale Ale Kino+ obejrzałem film „Ścieżki” (Tracks). Film opowiada o młodej kobiecie, która postanowiła przejść przez całą Australię – przez pustynię z asyście wielbłądów. Na końcu filmu okazało się, że jest on nagrany na podstawie książki „Na zachód od Alice Springs”, która inspirowana była prawdziwymi wydarzeniami. Kobieta, która przeszła tę pustynię, napisała książkę i na jej podstawie powstał film.

Pomyślałem sobie, że skoro film jest tak zajebisty, to pewnie książka będzie jeszcze lepsza. Tymczasem okazało się, że książka jest niemal nie do zdobycia. Wydana została w 1994 roku i po zakończeniu nakładu zniknęła z półek księgarń. Co jakiś czas można było znaleźć ją na Allegro, ale w cenie tak kosmicznej, że to było szaleństwo. Pewnego dnia, po ponad roku od obejrzenia filmu postanowiłem, że zakupię tę książkę. Zapłaciłem za nią 70 złotych. – Stara, okładka zniszczona, kartki żółte jakby ktoś podtarł nią dupę.

Rzecz jednak w tym, że książka jest słaba. Czytając ją nie mogłem się wkręcić w treść. Przedłużane opisy, a szczególnie jacy to biedni są aborygeni i ogólnie mocno odstaje od wideo produkcji. Można co jakiś czas znaleźć wspólne elementy filmu i książki, jednak gdyby ktoś nie wiedział o związku filmu z książką, to zapewne wielu by się złapało na tym, że widziało inny film i czytało inną książkę.

Książka jest kiepska, bo gdy porównać ją do filmu jest całkiem inna. W filmie zawarto dużo uczuć i przeżyć samej bohaterki. – Kobiety, która miała wewnętrzną potrzebę przejść przez pustynię w asyście wielbłądów, co wydawało się nie tylko jej, ale przede wszystkim całemu jej otoczeniu jako głupi pomysł, w dodatku niemożliwy do zrealizowania. W książce ciągle opisuje aborygenów, jak to biali zabrali im ich tereny, jak to żyją w rezerwatach i chleją alkohol. Odnosi się wrażenie, że książka „Na zachód od Alice Springs” jest o aborygenach, a film o Robyn Davidson – bohaterce, która przeszła przez pustynię.

Zastanawiam się, czy rzeczywiście tak jest z tą  książką i filmem, że film jest lepszy? Książka został napisana w latach 70-tych ubiegłego stulecia, a film nagrany był kilka lat temu, w dodatku przy udziale samej autorki książki i tym samym bohaterki. Może po prostu po latach lekko ubarwiono scenariusz filmu, albo po prostu bardziej skupiono się na samej bohaterce. Czy to słynne powiedzenie – „najpierw przeczytaj książkę, a później obejrzyj film”, ma się do tej sytuacji jak należy? Sam już nie wiem, ale mam wrażenie, że gdybym książkę przeczytał najpierw, to pewnie nigdy nie starałbym się obejrzeć filmu. W moim przypadku film wywarł na mnie na tyle duże wrażenie, że usilnie szukałem książki. Obstaję jednak przy tym, że film jest lepszy niż książka…

Będąc przy filmie warto podkreślić, że urzekło mnie w nim to, że wewnętrzne przeżycia głównej bohaterki pokrywają się z moimi. Sam mam czasami ochotę obudzić się, wsiąść w samochód i pojechać nie wiem gdzie, nie wiem po co i nie wiem dlaczego? Tak po prostu, jakaś wewnętrzna siła, moja natura mówi mi – zrób to, ale rozum podpowiada – stracisz wszystko co masz…

Film polecam wszystkim, a szczególnie tym, którzy są wewnętrznie rozdarci między tym, co mówi serce, a tym co podpowiada rozum. Film daje wiele do myślenia i przekonuje nas do tego, że czasami warto pójść za głosem serca – tego mniej mądrego, ale wewnętrznie wołającego głosu. Mimo, że film obejrzałem już ponad rok temu, nadal na jego myśl wyzwalają się we mnie pozytywne i wielkie emocje….

stat4u