Maj 2018

Co dalej z nc+?

28 maja 2018
Kategoria: Media tagi: , , , , , ,

Ostatnie medialne doniesienia niosą wieść, że platforma Cyfrowy Polsat kupi kanały sportowe Eleven Sport. Oznacza to mniej więcej tyle, że jeśli dojdzie do takiego połączenia, to jej konkurent platforma nc+ zostanie w tyle w kategorii sport o jakieś 2 lata świetlne.

Eleven Sport posiada w swojej ofercie ligę włoską, hiszpańską, francuską, formułę 1. Polsat kupił ostatnio prawa do ligi mistrzów i ligi europejskiej. Już wkrótce odbędzie się kolejny przetarg na piłkarską Ekstraklasę i kto wie, czy czasami Polsat kupując Eleven Sport nie szykuje się właśnie na jej zakup. O ile dobrze pamiętam, to z końcem sezonu 2018/19 kończą się Canal+ także prawa na angielską premier league. – Jeśli te rozgrywki także wypadłyby z Canal+, to będzie ich koniec.

Poza ofertą sportową zauważalne jest, że Canal+ emituje ostatnio wiele filmów polskich z XX wieku i powtarzane są tak często, że czuje się niesmak. Rezygnując z nc+ abonent od razu dostaje pismo z podziękowaniem za dotychczasową współpracę i nikt nie przedstawia nowej oferty, ani nie namawia do pozostania. Canal+ co chwilę zmniejsza swoją ofertę sportową, a teraz np., oferuje swoim abonentom włoską ligę siatkarską kobiet. – Ktoś to ogląda?

Odejście z Canal+ dwóch dziennikarzy sportowych Smokowskiego i Twarowskiego też zapewne nie dzieje się bez przyczyny. Nie wiadomo, czy Canal+ nadal będzie mieć prawa do piłkarskiej Ekstraklasy i Premier League. Nie chce mi się wierzyć, że dwaj znani dziennikarze uciekli z Canal+ tylko po to, by tworzyć sportowe radio internetowe.

Gdzieś z tyłu mojej głowy pojawia się informacja, że nc+ zostanie sprzedane. Discovery chce kupić kanały TVN-u, które należały do Canal+, a ten mam wrażenie powoli się zwija. Albo Discovery wykupi platformę cyfrową nc+, albo nc+ zniknie z polskiego rynku, a Canal+ dostępny będzie na jedynej satelitarnej platformie cyfrowej Cyfrowy Polsat. Zapewne pan Solorz-Żak nie kupi nc+, bo prawo antymonopolowe mu na to nie pozwoli, ale przecież może zapłacić wiele kasy, by po prostu przestała istnieć. – A to równoznaczne by było z tym, że wielu abonentów nc+ kupiłoby jedyny na rynku Cyfrowy Polsat.

To, że nc+ zniknie wydaje się mrzonką, a moje przewidywania są jedynie dziełem mojej nieograniczonej wyobraźni. Nc+ ma ponad 2 mln abonentów i zapewne ich zyski są ogromne. Mam jednak nieodparte wrażenie, że Canal+ powoli zwija żagle z naszego rynku tracąc prawa do najważniejszych transmisji sportowych. – Jeśli stracą jeszcze Ekstraklasę lub premier league, to zapewne oferta filmowa Canal+ będzie niewystarczającą, by płacić tak wygórowane stawki za pakiety nc+.

Zabawa w kibicowanie

22 maja 2018
Kategoria: Futbol tagi: , , , , , ,

20 maja 2018 roku zakończył się sezon piłkarskiej Ekstraklasy. Kilka dni przed meczem Ekstraklasa S.A. ogłosiła, że jeśli Legia Warszawa zdobędzie mistrzostwo Polski w ostatnim meczu na wyjeździe w Poznaniu, nie będzie fety na stadionie Lecha, ani wręczenia medali. Miało się to odbyć dopiero po powrocie piłkarzy Legii do Warszawy.

Dziennikarze sportowi w całej Polsce, aż piali z nerwów, zagryzali wargi, niemal używali wulgaryzmów, że Legia zdobywając ewentualne tytuł mistrza kraju w Poznaniu, nie zostanie należycie uhonorowana. Ba! – Ja też byłem tego samego zdania, że Ekstraklasa S.A. wydziwia i stara się na podstawie doniesień Policji siać zamęt w kręgach kibicowskich.

Legia do 75. minuty prowadziła już 2:0 i wiadomo było, że zdobędzie mistrzostwo. Co się wydarzyło? Kibole Lecha rzucali na stadion race, wandale zamaskowani wtargnęli na boisko, a w efekcie mecz został przerwany.

Okazuje się, że Ekstraklasa S.A. miała rację, nie wręczając medali na stadionie Lecha piłkarzom Legii. Dziennikarze sportowi, a także i ja myliliśmy się co do decyzji Ekstraklasy S.A. o nie wręczaniu medali. Ciekawe co wydarzyłoby się, gdyby doszło do tej ceremonii?

Nasza piłka nożna jest na niskim poziomie, a kibice dotrzymują swoim poziomem kroku swoim ulubieńcom. Myśle, że na kolejny sezon piłkarski powinna powstać „konstytucja kibica”, która w kilku punktach powinna zawierać surowe przepisy:

  1. Kibic wchodzący na murawę – 1 rok więzienia.
  2. Kibic wchodzący na murawę z zasłoniętą twarzą – 3 lata więzienia.
  3. Kibic rzucający petardę – 2 lata więzienia.
  4. Kibic złapany na którymkolwiek przewinieniu powyżej – dodatkowo zakaz stadionowy na 10 lat, a kara orzekana w trybie natychmiastowym, bez możliwości odwołania.
  5. Przerwanie meczu z powodu zamieszek: – natychmiastowy walkower, natychmiastowe -10 punktów dla klubu (Lech spadłby na 7. pozycję w tabeli), 15 meczów bez kibiców u siebie i 30 na wyjeździe (choć kiedyś pisałem o tym, że kary zbiorowe są nie fair, dziś zmieniam zdanie). – Te kary powinny obowiązywać 15 minut po meczu i nie powinny być odwoływalne.
  6. Wszystkie kluby z Ekstraklasy powinny przed sezonem podpisać się pod taką konstytucją i mieć świadomość, że jeśli jej nie podpiszą, nie będą grać w Ekstraklasie.

Gdyby powyższe punkty były prawdziwe, wtedy kluby zaczęłyby realną walkę z chuliganami, ale póki co, chronią ich jak rodzice własne dzieci…

To już (chyba będzie) koniec

9 maja 2018
Kategoria: Blog tagi: , , , , ,

Ponad miesiąc temu dodałem wpis „Tragikomiczne szczęście„, a poprzedni wpis to „Numery alarmowe 991 kontra 999„. W obu tych wpisach poruszyłem temat mojego sąsiada pana Dominika. Niestety 6 maja 2018 roku zmarł.

Urodził się w 1938 roku. Jego mama zmarła na gruźlicę gdy miał 2 lata. Po wojnie poszedł do szkoły, a po jej ukończeniu w wieku 15 lat ojciec powiedział mu, ze musi odejść z domu, poszukać pracy i zarabiać na siebie. Wziął więc ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy i „poszedł w świat”.

Pracował na budowach, aż pewnego dnia, widział jak na terem budowy wjeżdża samochód z cegłami. Kierowca wysiadł z samochodu i odpoczywał w cieniu, a pracownicy budowy musieli rozładować samochód. Powiedział sobie wtedy, że musi zdać prawo jazdy. Jak pomyślał tak zrobił. Miał uprawnienia na wszystko, samochody osobowe, motocykle, samochody ciężarowe i autobusy.

Jeździł przez kilka lat Żukiem po kraju, Rozwoził towary po całej Polsce. Opowiadał historię, jak pojechał do Kalisza z towarem (kołdry), podjechał pod hurtownie, zostawił samochód. Wszedł do biura, wychodzi, a samochodu nie ma. Okazało się, że było lekko z górki i samochód wpadł przodem do rzeki. Na szczęście tylko przodem, więc udało się go wyciągnąć Starem. Mówił, jak go wyciągali, to z lamp wylewała się woda. Na szczęście kołdry przetrwały, a samochód o dziwo odpalił i pojechał dalej.

Po kilku latach zakupił samochód Warszawa i pracował jako taksówkarz. Jeździł nią kilka lat, aż do momentu, gdy nieświadomie zawiózł złodziei na miejsce kradzieży i został oskarżony o współpracę. Dostał 2 lata więzienia, odsiedział wyrok i wrócił do swojego rodzinnego domu w roku 1980.

Można powiedzieć, że od tego czasu w jego życiu czas się zatrzymał. Mieszkał na wsi, na początku prowadził małe gospodarstwo, aż w końcu przeszedł na emeryturę.

Cała magia tego człowieka polegała na tym, że pieniądze nie miały dla niego żadnego znaczenia. Wielu uważa, w tym także i ja tak myślałem, że był człowiekiem skąpym. Jednak wydaje mi się, że jego życie, w którym musiał radzić sobie sam sprawiło, że ciagle je odkładał na „czarną godzinę”.

Umarł mój sąsiad, starszy ode mnie o niemal 50 lat, a ja chodziłem do niego i gadałem z nim jak z kumplem. O dziwo w ogóle mu to nie przeszkadzało. Przyznam szczerze, że zadowolony był, że się do niego poszło. Imponowała mi jego skromność. Miał pieniądze, mógł wybudować sobie domek, kupić samochód, ale on nie inwestował w nic. Do miasta oddalonego o 10 km jeździł rowerem, aż do momentu, gdy sprawy reumatyczne dały o sobie znać. Oczywiście później kupił sobie samochód, ale nie z chęci posiadania, lecz z powodu niemożności poruszania się rowerem.

Mieszkał całe życie sam, na starość oprócz mnie i mojego ojca niewielu go odwiedzało. Ostatnio odzywał się do niego brat i kuzynostwo, ale on doskonale wiedział, że nie robią tego z dobroci serca, a z potrzeby jego spadku. Był na tyle bezpośredni, że na 2 tygodnie przed śmiercią powiedział nam o tym.

Wyszedł ze szpitala 30 kwietnia 2018 roku. Cieszył się, że jest ciepło, że na majówkę wróci do domu. 3 kwietnia wieczorem poszedłem do niego z ojcem i siedzieliśmy na dworze. Opowiadał różne historie, śmiał się, żartował. Mówił jak zabrał się kiedyś na okazję z kolesiem wiozącym węgiel, jak wpadli w poślizg i wjebali się do rowu. – Śmiechu było co niemiara.

Następnego dnia przewrócił się na podłogę, i leżał tak przez 3 godziny. Na szczęście mój tata poszedł do niego zobaczyć. Pozbieraliśmy go z podłogi. Po południu znów się przewrócił. Chcieliśmy wezwać pogotowie, ale on nie chciał. Powiedział – „Dzisiaj nie, jak do jutra się nie poprawi, to najwyżej rano zadzwonimy”. Tego samego dnia, a w sumie to następnego dnia bo było już lekko po północy, zadzwonił do mnie z prośbą o pomoc. Poszliśmy tam z ojcem, a on wezwał pogotowie.

Zawsze mawiał „szkoda by było już umrzeć”. Na dwa tygodnie przed śmiercią mawiał „to już chyba będzie koniec”. Przeczuwał, że sprawy nie idą w dobrym kierunku. Zmarł samotnie, na „szpitalnej pryczy”.

Przez całe życie był sam, pasowało mu to do pewnego momentu. Później zaczął mówić, że nie warto żyć w samotności. Sam już nie wiem, czy uczyć się na jego błędach, czy brnąć w tym samym kierunku co on….

Mieszkał w starym domu, wybudowanym w 1892 roku. Nie był remontowany od 40-tu lat. Mam takie wrażenie, że ten dom rozpadał się jak zdrowie pana Dominika. Zawsze przesiadywał przy stole, w pokoju, który wyglądał tak samo od zawsze. Mniej więcej od roku 1990 przychodziłem do niego do domu. Zawsze było tak samo. Meblościanka, piec kaflowy, lodówka „Białoruś”, łóżko i stary dębowy stół z lat 20-tych ubiegłego wieku, przy którym przesiadywaliśmy. Grywaliśmy przy nim także w karty dobrze się bawiąc. Magia jego domu polegała na tym, że wchodząc do niego miałem wrażenie, że cofam się w czasie. Od roku 1990 w moim otoczeniu zmieniło się wszystko. Ulice, budynki, samochody, chodniki a także ludzie. Dom pana Dominika od zawsze był taki sam.

Jeśli ktoś dotrwał do końca tego wpisu, to zastanawia się. – Po co komu taki wpis, niczego do życia nie wnosi i tak naprawdę nikt nie znał owego Dominika? To prawda, ale to jest blog, w którym zapisałem część swojego życia. Za 10, może 15 lat wejdę na ten wpis i przypomnę sobie, jakie emocje mną targały i co działo się w czasie, w którym dobrze go pamiętałem. Z doświadczenia wiem, że z czasem pewne rzeczy w pamięci zaczynają się zacierać…

Był tylko starszym sąsiadem. Miał wiele wad, o których tu nie napisałem. Czuję, że jego smierć jest dla mojej duszy żałobą. Ciągle myśl o nim zaprząta mi głowę, a niekiedy sprawia, że się wzruszę…. W takich właśnie chwilach zaczynasz wierzyć, że istnieje życie po śmierci i gdy umrzesz, znów spotkasz się z tymi, którzy już odeszli…

Numery alarmowe 991 kontra 999

5 maja 2018
Kategoria: Blog tagi: , , , , , , ,

Numer alarmowy 991, to numer do pogotowia energetycznego. Numer alarmowy 999, to numer do pogotowia ratunkowego. Oba te numery łączy i zarazem dzieli przyjmowanie zgłoszeń, jak i ich realizacja.

W lipcu 2017 roku zauważyłem, że na słupie uszkodzony został izolator, z którego spadł przewód elektryczny. Zwisał on o wiele niżej niż inne, w dodatku przy lekkim podmuchu wiatru ocierał się o słup i iskrzył. Gdyby tego było mało,  przebiega on bezpośrednio nad ulicą, więc mógł się zerwać i spaść na przechodnia, rowerzystę czy samochód. Już nie tylko prąd jest tu zagrożeniem, ale także ciężka lina, która zrywając się, mogłaby zrobić komuś krzywdę.

Zgłosiłem więc pod numer alarmowy 991 tę sytuację. Dyspozytor szybko przyjął zgłoszenie, zakwalifikował je jako „bezpośrednie zagrożenie życia”, podziękował za zgłoszenie i poinformował mnie, że zaraz zgłasza sprawę i zostanie wysłana ekipa pogotowia energetycznego.

Przyjechało pogotowie energetyczne, wysiedli z niego panowie, widać było, że nie chce im się ruszyć dupy. Miny mieli takie, jakbym przerwał im seks grupowy. Domyślili się, że to ja zgłaszałem awarię, więc rzucali teksty typu: – Po co pan zgłaszał awarię? Nic tu się nie dzieje. Ta linka wisi tak i wisi i nic nikomu się nie stało. Na moje pytanie, że skoro wiedzieli o tej awarii, to dlaczego wcześniej jej nie usunęli, ale nic nie odpowiedzieli. Solidarnie i bez skrępowania wyłączyli prąd po obu stronach transformatora. Na moje pytanie dlaczego wyłączacie prąd na całej linii, skoro awaria jest po lewej stronie od transformatora? Odpowiedzieli. – Trzeba było nie zgłaszać awarii, to byśmy nie wyłączali prądu. Powiedział to takim tonem, jakbym rzeczywiście winny był tego, że zgłaszam – moim zdaniem dość poważną awarię…

W maju 2018 roku, mój sąsiad, osoba samotna, ponad 80-letnia, dzwoni do mnie w nocy i prosi o pomoc. Zrywam się więc z łóżka, budzę ojca i idziemy mu na ratunek. Facet leży bezwładnie, poobijamy, rozcięte czoło, rozwalony nos, obsrany, z cewnikiem, nie mogący się utrzymać na nogach, mieszkający sam. Mój ojciec łapie za telefon, dzwoni na pogotowie ratunkowe…

Odzywa się dyspozytorka i po wysłuchaniu wszystkiego tego, co napisałem powyżej stwierdza, żeby poszedł najpierw do lekarza rodzinnego. Piątek, pierwsza w nocy, facet nie może ustać, a nawet usiąść, poobijany, którego musieliśmy nieść do łóżka, a dyspozytorka poleca pójść do lekarza rodzinnego po skierowanie! Mój stary się wkurwił, zbeształ ją jak burą sukę. Kobieta mu wyjaśnia, że rozmowa jest nagrywana, a mój ojciec na to – „I bardzo kurwa dobrze. Niech kurwa wszyscy wiedzą, kto i jak pracuje w dyspozytorni pogotowia ratunkowego”. Po wielkich bólach i bojach z nią, wreszcie potwierdziła przyjęcie zlecenia i wysłanie karetki…

Przyjeżdża kierowca i lekarz, oboje stwierdzają, że wezwanie jest uzasadnione i pada pytanie – „Dlaczego tak późno pan zadzwonił, trzeba było dzwonić wcześniej, stan jest poważny”. I tak o to, trzeba było kłócić się z dyspozytorką pogotowia ratunkowego na wysłanie karetki, a gdy ta już przyjechała, to omal nie zostaliśmy zbesztani, że tak późno udzielamy pomocy.

Paradoks między zgłoszeniem awarii linii energetycznej pod numer 991, a problemów zdrowotnych starszego poobijanego człowieka zgłaszany pod numer 999 polega na tym, że w tym pierwszym przypadku z przyjemnością przyjmują zgłoszenie i działają, dopóki nic nikomu się nie stało. W drugim przypadku wezwanie przyjmowane było na zasadzie – a pacjent jeszcze żyje? – Tak. To nie przyjedziemy.

Natomiast odwrotnie ma się sytuacja, gdy przyjeżdżają odpowiednie ekipy. Pogotowie energetyczne z bólem dupy rusza tyłki, pyskuje i robi na złość mieszkańcom, wyłączając prąd tam, gdzie awarii nie ma. Te zmierzłe ryje, foch na twarzy i przymus do pracy to widok, którego niemal po roku nie mogę zapomnieć. Natomiast pracownicy pogotowia ratunkowego z uśmiechem, przychylnym głosem i potwierdzający uzasadnienie wezwania pogotowia na miejsce do pacjenta, zrobili na mnie naprawdę dobre wrażenie. Odczuwało się, że nie jest to dla nich kolejny „klient” i potraktowali go z należytym szacunkiem.

Już sam nie wiem, czy dyspozytor pogotowia ratunkowego ma karę za to, że wysyła służby medyczne na miejsce, czy takie ma wytyczne od przełożonych? Gdyby mój sąsiad umarł, pewnie wszędzie pisano by o sąsiedzkiej znieczulicy. Podobnie ma się sprawa w przypadku pogotowia energetycznego. Już sam nie wiem, czy lepiej zgłaszać takie niebezpieczne sprawy za wczasu, czy lepiej poczekać, aż spadnie komuś kabel na łeb i mu go urwie, albo porazi go prąd?…

Tak czy siak, w swoim sumieniu bez skrępowania i żadnego wahania uważam, że w obu przypadkach ja i ojciec postąpiliśmy należycie!

stat4u