Wrzesień 2016

Reforma w służbie zdrowia

25 września 2016
Kategoria: Polityka

Odkąd żyję, słyszę hasła typu „czas zreformować służbę zdrowia”. Nikt tak naprawdę nie wie co zrobić, by poprawić jej stan. Mam na myśli zlikwidowanie kolejek do specjalistów, czy poprawienie sytuacji finansowej lekarzy i pielęgniarek. Prawo i Sprawiedliwość chce zlikwidować NFZ inni zaś uważają, że musi być jakiś organ nadzorujący finanse. Co prawda nie jestem znawcą tematu, ale gdybym to ja miał zająć się ochroną zdrowia, wprowadziłbym do szpitali – zdrowe zarządzanie nim jak i ustalił zasady.

W pierwszej kolejności musimy sobie odpowiedzieć na pytanie. – Czy szpital jest instytucją zarabiającą na siebie, czy obiektem pożytku publicznego, mającego na celu ratowanie życia i zdrowia pacjenta? Na to pytanie odpowiadam, że komercyjna działalność może mieć miejsce w szpitalu czy przychodni prywatnej, a w szpitalach finansowanych ze składek tak być nie może.

Dziś jest tak, że przychodzi pacjent do szpitala, a dyrektor i ordynator oddziału na który trafił musi kombinować i wpisać w kartę pacjenta po co tu w ogóle przyszedł. Jeśli ma „tylko” stan przed zawałowy, to jego pobyt w szpitalu jest nierentowny. Gdyby miał zawał, no to NFZ zapłaciłoby za takiego pacjenta dużo kasy. – No, ale ten akurat nie ma, więc wyślijmy go do domu. Nie ma sensu robić EKG, bo NFZ za to nie zapłaci, albo nie róbmy USG, bo dziś już wykonaliśmy trzy takie badania, a czwarte przekroczy budżet danego dnia.

Absurd w naszej służbie zdrowia leży w tym, że wszystko musi mieć finansowy sens. Lekarz pracujący w szpitalu pracuje na sprzęcie, który zakupiony został z funduszy NFZ, a sprzęt ten dostępny jest w ramach tegoż NFZ dla trzech pacjentów dziennie. Kolejne 7 godzin lekarz korzysta z niego w ramach własnej prywatnej działalności. Brzmi jak absurd, ale tak właśnie jest. Żeby ukrócić tego typu działania, należy podpisywać z lekarzem umowę na daną kwotę i wykonywanie usług. Przykład: – Lekarz dostaje 20 tysięcy miesięcznie, ale pracuje przez 5 dni w tygodniu na sprzęcie USG przez 7 godzin dziennie.

Jestem zdania, że lekarze powinni zarabiać naprawdę godnie. Nie zazdroszczę im luksusowych samochodów czy domów. Mają pracę odpowiedzialną, muszą się ciągle kształcić i być na czasie z medycyną, bo jej rozwój i postęp idzie szybciej niż w branży komputerowej. Niech zarabiają dobre pieniądze i niech one motywują ich do pracy. Podobnie jest z pielęgniarkami. Niech zarabiają np. średnią krajową, bo oprócz wylewania gówna z kaczek, podają także leki co również wiążę się z odpowiedzialnością.

Dyrektorzy szpitali nie powinni być po to, by umieć kombinować i oszukiwać NFZ biorąc pieniądze za niewykonane usługi. Dyrektor powinien zarządzać placówką w taki sposób, by szpital miał dobrą opinię, by pracownicy byli zadowoleni z tego co robią i by mieli odpowiedni sprzęt do ratowania życia. Koszty związane ze zużyciem prądu, wody czy gazu powinien być opłacany odgórnie przez „jakiś tam fundusz, lokalny czy państwowy”. Dyrektor nie powinien się martwić o to, czy w tym miesiącu wystarczy na opłacenie mediów czy nie. Powinien martwić się tylko i wyłącznie o pacjenta i swoich pracowników. Nawet wszelkiego rodzaju remonty powinny być zgłaszane przez dyrektora szpitala i na tym koniec. Remontem powinna zajmować się oddzielna jednostka, wykonująca je za pieniądze pochodzące prosto z Ministerstwa Zdrowia.

Niestety dziś jest tak, że pacjenci nie są oczkiem w głowie dyrektorów, lekarzy czy pielęgniarek. Pacjenci są potrzebni do robienia pieniędzy, a przebywając w szpitalu często odnosi się wrażenie, jakby pacjent był piątym kołem u wozu. Jakby złość za niewypłacone pieniądze za wykonane usługi były przelewane na pacjenta. Oczywiście nie wszystkich można wrzucać do jednego wora, ale pielęgniarki to często niemiłe, gruboskórne kobiety, o wrednych mimach i kamiennych twarzach, które przychodzą do pracy, bo nie mają innego wyjścia. Więcej pieniędzy dla pielęgniarek i lekarzy, to więcej uśmiechu, życzliwości, poprawa jakości świadczonych usług i szybszy powrót do zdrowia. – Oby tak wreszcie było…

Liga mistrzów. – Czas na zmiany

14 września 2016
Kategoria: Futbol

Kilka lat temu, gdy Platini wprowadził w życie reformę związaną z eliminacjami do ligi mistrzów, biłem mu brawo. Po tych kilku latach uważam, że liga mistrzów traci na wartości dla przeciętnego widza. A wszystko tylko dlatego, że niemal w każdej grupie znajduje się kopciuszek taki jak Legia Warszawa, która od swoich rywali odstaje jak uszy Jerzego Urbana. Co prawda mecz Legia Warszawa – Real Madryt wzbudzi w Polsce wielkie zainteresowanie, ale w świat pójdzie tylko wynik.

Jestem przekonany, że liga mistrzów oparta na obecnych zasadach już się wyczerpała. Czas na stworzenie czegoś nowego, wielkiego i nadzwyczajnego. Uważam, że liga mistrzów powinna składać się z 18 drużyn rywalizujących w jednej lidze. Taka swojego rodzaju super liga czyli najlepsza osiemnastka gra w lidze mistrzów każdy z każdym mecz i rewanż. Drużyny te oczywiście nie grałyby w swoich ligach krajowych, a jedynie w pucharze kraju.

Z takiej ligi powinny spadać dwie drużyny, za które wchodziłyby te, które trafiłyby do finału ligi europejskiej. Myślę, że dla urozmaicenia rozgrywek, trzecia drużyna od końca powinna zagrać baraż o utrzymanie z drużyną, która zajmie trzecie miejsce w lidze europejskiej. – Innymi słowy oprócz meczu finałowego w lidze europejskiej powinien odbywać się także mecz o brąz. W barażu mecz i rewanż rozstrzygałby, czy w lidze mistrzów zostanie drużyna z 16. miejsca, czy awansuje ta z trzeciego miejsca z ligi europejskiej.

Po takiej zmianie prestiż ligi mistrzów byłby na najwyższym poziomie. Mecze w obecnych rozgrywkach i wyniki jakie w niej padają pokazują, że jest ligą cieniasów: – Barcelona – Celtic 7:0, Bayern – Rostów 4:0, czy Legia – Borussia 0:6. W tej lidze najwięksi i najlepsi powinni bić się o mistrzostwo Europy. Może i nawet sama liga europejska nabrałaby trochę szacunku, bo byłaby przepustką do najlepszej ligi klubowej i stałaby się bardziej prestiżowa dla klubów i kibiców. Uważam, że skorzystałyby z tego także ligi krajowe. – Mecze Realu Madryt z Levante, czy Barcelony z Eibar odeszłyby w zapomnienie, no chyba, że któraś z drużyn wypadłaby z ligi mistrzów…

Reasumując, liga mistrzów byłaby najlepszą ligą Europy. Liga europejska byłaby zapleczem tej ligi i jedynym możliwym sposobem na awans do LM, a liga krajowa trzecim szczeblem rozgrywek dająca przepustkę do ligi europejskiej. Oczywiście liga europejska rozgrywałaby mecze tak jak do tej pory czyli 12 grup po 4 drużyny. – Grający w lidze europejskiej graliby również w lidze krajowej, ale przepustka do LM odbywałaby się tylko za pośrednictwem ligi europejskiej. Ktoś powie, że w takiej sytuacji drużyna z Polski nigdy nie zagrałaby w lidze mistrzów, a ja odpowiem, że zagrałaby, ale musiałaby to być drużyna, która swoimi umiejętnościami na to zasługuje. To, co pokazała dziś Legia Warszawa z Borussią Dortmund to wstyd i nie chodzi tylko o wynik, ale przede wszystkim o styl w jakim przejebali.

Dlaczego warto zlikwidować gimnazjum?

8 września 2016
Kategoria: Blog

W polityce zgrzyta od dawna. Na każdą zmianę nie ważne czy dobrą czy złą, obozy polityczne ostrzą noże i wpychają gdzie się da. Ostatnio powraca temat szkolnictwa, a dokładniej czy warto zlikwidować gimnazjum czy nie? Na pytanie co da likwidacja trzyletniej szkoły między podstawówką a liceum, nikt nie potrafi odpowiedzieć. Tak samo jak nikt nie potrafi dać argumentu za tym, że szkoła gimnazjalna ma sens.

Skoro argumenty lepszego nauczania nie idą w ruch tzn., że gimnazjum może pozostać lub nie, bo nie będzie miało to i tak żadnej różnicy dla ucznia. Jedni mówią, że kolejna reforma to kolejny wydatek pieniędzy, a inni martwią się o grupę nauczycieli, którzy mogą przy okazji powrotu do starych czasów stracić pracę.

Jest też część Polaków, która twierdzi, że w gimnazjum rośnie nam chamska młodzież. Opiera się to na argumentach, że dzieciaki idą do nowej szkoły i muszą „walczyć o swoje” w nowej hierarchii. Dla pokazania swojej siły przed nowymi kolegami posuwają się do drastyczniejszych ruchów, aniżeli w starej już zhierarchizowanej szkole, gdzie każdy zna swoje miejsce…

Jestem jednak ja – Kurdupel, który widzi różnicę między szkołą podstawową sześcioletnią, a ośmioletnią. Przede wszystkim to lokalizacja szkół. Najlepiej wyjaśnię to na przykładzie wsi, gdzie ten problem występuję na porządku dziennym. Wyobraźcie sobie, że mieszkacie w miejscowości „A”, w której jest szkoła gimnazjalna. Twoje dziecko ma do tej szkoły 200 metrów, ale chodzi do podstawówki w miejscowości „B”, oddalonej od waszej o 9 km. Mimo tego, że szkoła jest pod nosem, Twoje dziecko musi wstać o 6 rano i wyjść na autobus, który przyjeżdża po nie o 6:50. Dojeżdża do szkoły, czeka pół godziny na lekcję, a popołudniu znów czekanie na autobus i dojazd do domu. Podobne problemy są oczywiście w mieście, tylko że zamiast czekać na autobus szkolny, dziecko zapierdala 2 km do szkoły gimnazjalnej, a podstawówka jest pod nosem.

Skoro więc szkoła gimnazjalna nie wnosi niczego dobrego, ani złego w nauczaniu, to likwidacja jej przynajmniej usunie walkę o miejsce w szeregu wśród uczniów i zlikwiduje patologię związaną z bezsensownym dowożeniem dzieci z punktu „A” do punktu „B” i odwrotnie. A nauczyciele? Jeśli rzeczywiście część z nich straci pracę, to prawdopodobnie dlatego, że mamy pogłębiający się niż demograficzny. Z drugiej strony nie mam nic przeciwko zwalnianiu nauczycieli, bo szkoła to miejsce dla młodych ludzi i to na nich trzeba zwracać uwagę przy reformach, a nie na nauczycieli…

„Buszujący w zbożu” J.D. Salinger

3 września 2016
Kategoria: Blog

Oglądałem ostatnio film na kanale AMC zatytułowany „Szósty stopień oddalenia” z Willem Smithem. – No dobra, nie obejrzałem całego ale pewien fragment, w którym czarnoskóry aktor opowiadał dwóm bogatym facetom o postaci z książki „Buszujący w zbożu”. Opowieść ta była tak interesująca, że ów mężczyźni z wielką, wręcz zajebiście olbrzymią uwagą słuchali tego młodego człowieka. – Podobnie jak ja! Postanowiłem, że zakupię książkę „Buszujący w zbożu” J.D. Salingera, bo zwyczajnie i po ludzku zainteresowała mnie ta opowieść.

buszujacy w zbozu

Nie wiem jak Wam, ale mnie tytuł tej książki skojarzył się z jakimś horrorem, coś na wzór „Dzieci kukurydzy”. Ale to kompletnie nie tak. Wiecie co? Czytałem ta książkę z wielką uwagą. Opowiada ona o młodym chłopaku, którego wyrzucono ze szkoły za to, że miał kiepskie wyniki w nauce… – Długa historia opowiadająca o kilku dniach od momentu wyrzucenia ze szkoły, ukrywaniu się przed rodzicami i tułaczce po rodzinnym mieście.

Czytając książki nie potrafię wydostać z nich wielkich teorii, które usłyszeć można od nauczycieli. Oni interpretują to wszystko na swój sposób, ale ja – jak już wcześniej napisałem tak nie umiem. Myślę, że w tej książce każdy z nas może znaleźć siebie samego. Mimo, że jestem już po trzydziestce nadal jestem dzieciakiem, nie kumającym działania tego świata, podobnie jak postać z książki. Ciagle pyta, ocenia, krytykuje to podobnie jak ja. Rodzice wpajają mu, by się wykształcił, ale on tego nie rozumie i neguje podając własne teorie szczęścia. – Podobnie miałem gdy byłem młody. Nie chciałem się uczyć, więc nie wykorzystałem swojego potencjału i dziś co najwyżej nadaję się jedynie na to by pracować w polu czy przy betoniarce…

Książka ta zastała napisana w 1951 roku i na początku była ocenzurowana i zakazaną w wielu amerykańskich szkołach. Dziś jest obowiązkową lekturą w USA… – Między innymi to różni szkoły amerykańskie od polskich. Nie wiem czy coś się zmieniło, ale w moich szkolnych czasach lektury słynnych polskich poetów pisane niezrozumiałą starodawną polszczyzną sprawiły, że na książki patrzyłem z obrzydzeniem. Gdyby ten tytuł pojawił się w polskich szkołach, po jej przeczytaniu następne lektury byłyby przez uczniów połykane, a tymczasem są zwracane…

Nie wiem na ile tekst o autorze książki z Wikipedii jest prawdziwy, ale zainteresował mnie jego życiorys jak i twórczość. – Wynika z nich, że jego ojciec był żydem pochodzenia polskiego, a sam Salinger pracował kilka tygodni w ubojni świń w Bydgoszczy. Przyznam szczerze, że zabrzmiało to jak żart iście kabaretowy, ale jednak potwierdzenie to znalazłem na innych stronach internetowych.

Po przeczytaniu książki wpadłem w pewną euforię. Po dwóch dniach zacząłem się zastanawiać, dlaczego ta książka stała się bestsellerem? Jak to możliwe, że opisanie kilku dni od momentu wyrzucenia ze szkoły młodego chłopaka i jego powrót do rodzinnego miasta sprawiło, że książkę sprzedaje się w liczbie 250 tysięcy egzemplarzy rocznie, a w sumie prawie w 70 milionach? I nagle przyszła mi do głowy odpowiedź. – A no dlatego, że chłopak w sposób prosty i szczery, bez ściemy i tabu opowiada o tym co czuje, czego się boi i jak postrzega świat. Odbywa się to niemal w taki sam sposób, jak my poszukujemy drogi do szczęścia i zrozumienia świata. Niestety w dzisiejszych czasach jesteśmy zaprogramowani jak roboty i mówienie o własnych słabościach stało się… słabością. – Dlatego uważam, że słabość głównego bohatera książki jest jego wielką siłą. Czytając tę książkę ma się wrażenie, że zadane w niej pytania i płynące poniekąd odpowiedzi pochodzą prosto z naszej głowy. To właśnie dlatego w moim odczuciu książka ta mimo ponad 60 lat istnienia jest ponadczasowa i uznana za bestseller…

stat4u