Listopad 2013

Sądowa sprawiedliwość

25 listopada 2013
Kategoria: Blog

Do dziś byłem przekonany, że hasło posła Drzewieckiego – „Polska to dziki kraj”, to hańba i zniewaga dla tego człowieka. Szybko jednak przekonałem się, że panują w tym kraju iście szalone przepisy, kodeksy, punkty i zawiłości, które sprawiają, że zwykły obywatel traktowany jest jak śmieć. Rok temu fotoradar „przyłapał” mnie na przekroczeniu prędkości. Przesłano mi pismo informujące o tym fakcie, ale nie pokazano mi dowodu w postaci zdjęcia. Zgłosiłem więc sprawę do sądu, a wezwano mnie do Inspekcji Transportu Drogowego. W sądzie nie byłem, a do mandatu dorzucono mi koszty sądowe. Zgłosiłem więc sprawę ponownie do sądu, a ten uznał, że nie ma sensu toczyć dalej tej sprawy i ją zakończył. Teraz muszę napisać odwołanie.

Pod koniec 2012 roku otrzymałem pismo, że fotoradar zarejestrował mnie podczas łamania przepisu. Zamiast 60 km/h, jechałem 92 km/h. Nie będę wnikał, że znak spowalniający i fotoradar stoi w miejscu gdzie nie ma budynków, „biegną” dwa pasy w jednym kierunku, w dodatku oddzielone są one barierami energochłonnymi. Zadziwił mnie fakt, że dostaję pismo o złamaniu przepisu bez jakiegokolwiek dowodu. Aby dostać dowód w postaci zdjęcia, musiałem odmówić przyjęcia mandatu i skierować sprawę do sądu, co też zrobiłem.

Po dziewięciu miesiącach otrzymałem pismo, żebym stawił się w Inspekcji Transportu Drogowego, co oczywiście uczyniłem. Wchodzę do biura, gdzie czekają na mnie protokolantka i przesłuchujący mnie inspektor. Przedstawiono mi moje prawa i podsunięto papier, który musiałem podpisać przed rozpoczęciem przesłuchania. Poczułem się jak przestępca, który jechał 200 km/h w terenie zabudowanym, po alkoholu i narkotykach, potrącając na pasach dwóje dzieci i kilku innych ludzi, zatrzymując się w końcu na przystanku autobusowym. W dokumencie można było przeczytać, że mają prawo pobrać mi odciski palców, ślinę, kał, mocz oraz inne wydzieliny. Brakowało tylko punktu, w którym mogliby pobrać mi nerkę czy wątrobę do przeszczepu. Chcąc jednak zakończyć tą sprawę tu i teraz, podpisałem dokument.

Zaczęło się więc przesłuchanie, a w nim pytanie wstępne. Jak mam na imię, nazwisko, gdzie mieszkam, ile mam lat, gdzie pracuję, ile zarabiam, czy mam żonę, dzieci, konto w banku i – o mało nie padło pytanie czy nie cierpię na przedwczesny wytrysk. Po odpowiedziach przedstawiono mi całą moją sytuację w tym zdjęcie, a na nim ja dumnie siedzący za kierownicą samochodu. Przyznałem się więc do winy, co zostało dodane do protokołu. Nie odmawiałem przyjęcia mandatu i poniesienia kary w wysokości 200 złotych i 4 punktów karnych. Po spisaniu protokołu, kazano mi się z nim zapoznać i podpisać, jeśli jest zgodny z moimi ustaleniami.

Na końcu protokołu tekst: „… oraz zgadzam się na poniesienie kosztów sądowych w wysokości 80 złotych”. – Co proszę! Jakich kosztów, czy ja jestem w sądzie? – Zapytałem. Nie! – Odpowiedzieli. Więc dlaczego mam ponosić koszty sądowe, skoro spotkaliśmy się w obskurnym biurze, a notatki pisane są na kolanie? Spotkaliśmy się tu, wyręczając niejako sądy, które „zawalone” są innymi sprawami. Zapytałem więc, dlaczego nie przesłali mi zdjęcia udowadniającego moją winę, skoro nie chcieli toczyć boju w sądzie? – Ponieważ nie ma żadnego przepisu mówiącego o tym, że ITD musi przesyłać zdjęcia, a po drugie generowałoby to niepotrzebne koszty. To ja musiałem się pofatygować i jechać 40 km i drugie tyle z powrotem byście pokazali mi dowód, a Wam żal było na kawałek kartki z wydrukiem? – Na co facet skinął ramionami w geście – ma pan rację, ale prawo stoi po naszej stronie. Już miałem zapytać, czy jakby nie było napisane w „kodeksie”, że należy srać do muszli klozetowej, to czy sraliby do pisuaru? – Ale ugryzłem się w język.

Skierowałem więc sprawę do sądu, bo nie uważam, że powinienem płacić koszty sądowe, szczególnie w przypadku gdy to ja poniosłem koszty dojazdu i w dodatku w sprawie dowodów winy. A ten po dwóch miesiącach przysłał mi pismo, że sąd rozstrzygnął postępowanie bez przeprowadzania rozprawy. Oznacza to mniej więcej tyle, jest pan winny więc zapłać mandat i koszty sądowe. Oczywiście przysługuje mi prawo do wniesienia sprzeciwu w ciągu siedmiu dni, z czego bez wątpienia skorzystam.

A ja byłem pewien, że sprawiedliwość stanie po mojej stronie i koszty sądowe zostaną anulowane. Tak – jestem winny przekroczenia prędkości, co ze wstydem przyjmuję i ze wstydem się przyznaje. Byłem też jednak zażenowany, że można wcisnąć mandat kierowcy bez udowadniania mu winy. Niestety okazuje się, że Polska to dziki kraj i racje ma zawsze ten, który jest urzędnikiem państwowym. Zwykły szary obywatel może co najwyżej nie zapłacić mandatu i poczekać, aż „należne” pieniądze odbierze komornik. Niestety, tylko że ja i tak nie będę miał przekonania, że hasło „zgodnie z prawem” oznacza tyle samo co zgodnie z zasadami moralnymi. Okazuje się bowiem, że można człowieka w tym kraju skazać, bez udowadniania mu winy, a jeśli chce dowodów, to będzie musiał za to zapłacić.

„10 mniej ratuje życie”

20 listopada 2013
Kategoria: Media

Mam wrażenie, że kampanie reklamowe i zawarte w nich słowa nie zawsze kierowane są do tych, do których powinny. Na przykład w Polsce co rusz pojawia się spot, w którym mówi się o tym, że polscy kierowcy są źli, bo jadą za szybko. Gdyby jechali wolniej, nie potrąciliby pieszego z prędkością 46 km/h, tylko z prędkością 5 km/h – jeśli jechaliby 50, a nie 60 km/h w terenie zabudowanym. Wiem, że wielu się ze mną nie zgodzi, ale odnoszę wrażenie, że edukując na siłę wszystkich kierowców, odmóżdża się pieszych.

Podaje się statystyki, że co trzeci wypadek śmiertelny jest z udziałem pieszego. Ale przepraszam, czy giną oni na chodnikach? Zazwyczaj wszystko ma miejsce na ulicy, bo pieszy śpieszył się na promocję do Lidla, albo tak się zamyślił, że nawet nie obejrzał się mając ochotę wtargnąć na ulicę. Widzieliście może kiedyś jak ludzie w dużych miastach stoją przy krawędzi jezdni czekając na zielone światło? Skrzyżowania są duże, a zmiana świateł to kwestia kilku sekund, w czasie których kierowca może nie zdążyć przejechać i wpadnie na pasy wraz ze zmianą świateł. Oczywiście to wina kierowcy, ale nie ma w Was instynktu, by uważać wchodząc na ulicę? Co to da, że kierowca będzie winny, skoro Ty stracisz zdrowie, a może nawet życie?

Jestem kierowcą z wyboru, a pieszym z przymusu. Wiem, że kierowcy nie mają zwyczaju przepuszczać pieszych na pasach, ale z autopsji wiem, że pieszy ma w dupie czy coś jedzie czy nie. On jest Bogiem i carem, więc wchodzi na pasy jakby to było miejsce dla świętych krów. Co z tego, że będę jechał przez miasto 40 km/h, skoro piesi nie mają nawet zwyczaju się oglądać? Zawsze i wszędzie widzi się problem kierowcy samochodu, motocyklisty czy ciężarówki, a nikt nie dostrzega tego, że po pasach chodzą ludzie. Dlaczego nie nakręca się spotów przestrzegających pieszych przed wejściem na ulicę?

Widziałem ostatnio fragment programu “Drogówka”, w którym rowerzysta jadąc po ścieżce rowerowej, która przebiega również po ulicy, wyjechał z za rogu kamienicy z duża prędkością i walnął w niego samochód. Kierowca samochodu był winny, bo powinien przepuścić rowerzystę. A ten może sobie jechać nie upewniając się, czy coś jedzie czy nie. Tak się edukuje pieszych i rowerzystów? Dając im przywilej pierwszeństwa na pasach? To jakiś żart i absurd. Zawsze przechodząc przez jezdnię upewniam się, czy mogę swobodnie przejść i nie szarżuje tylko dlatego, że mógłbym dotrzeć do celu minutę wcześniej.

Gdyby każdy kierowca zatrzymał się przy przejściu dla pieszych i ścieżce rowerowej, to korki w miastach sięgałyby od ich początku, aż do samego końca. Może i miałoby to sens, może i byłoby mniej wypadków, ale nie dawajmy pieszym i rowerzystom do zrozumienia, że zawsze i wszędzie mają pierwszeństwo. Edukujmy ich, by zawsze zatrzymali swoje cztery litery lub dwa koła przed wejściem lub wjechaniem na ulice. Nie ważne czy mają pierwszeństwo czy nie, ważne by dotarli do domu cali i zdrowi. – Takie powinno przyświecać im motto.

Polska – Słowacja 0:2

16 listopada 2013
Kategoria: Futbol

Debiut trenera Nawałki w reprezentacji Polski stał się faktem. Jego podopieczni przegrali i to sromotnie, no bo u siebie, no bo 2:0, no bo ze Słowacją. Nie oglądałem całego meczu, ale widziałem go od 70 minuty. Nasi starali się jak mogli, żeby wejść na połowę przeciwnika. Najwięcej podań w meczu wykonał chyba Artur Boruc, a dla tych którzy nie wiedzą powiem, że to bramkarz. Kibice mając żal do gry naszych orłów, każde takie podanie kwitowali gromkimi brawami, a czasami nawet na stojąco. Kibice robili co mogli, żeby mieć w ogóle powody do bicia braw, a że nasi piłkarze i ich nie dawali, to zaczęło robić się żenująco.

Debiut Nawałki – straszny, żenujący i nudny. Pewnie niewielu spodziewało się, że nagle gra drużyny narodowej wypali, bo zmieniliśmy trenera. To będzie teraz powodem do „dawania czasu” trenerowi, aż w końcu okaże się, że zakończyły się kolejne eliminacje bez awansu. I znów będziemy chcieli zmiany trenera, która niczego nam nie przyniesie. Słowacy jako kadra narodowa odjechała polskiej kadrze pociągiem pośpiesznym, bez opóźnienia i na czas. Podawali sobie piłkę dokładnie i bardzo szybko co zaskoczyło naszych grajków. Trzeba też przyznać, że mało co ich nie zaskakuje.

Niestety Lewandowski i Błaszczykowski to za mało na kadrę narodową. Teraz trzeba by było naturalizować piłkarzy z zagranicy, a najlepiej tych z Borussi Dortmund. W składzie z Reussem, Mchitarianem i Aubameyangiem, może mielibyśmy szanse remisować w Europie. Bez tego nie widzę jakoś przyszłości, choć mam nadzieję, że nasz narodowy futbol dotknął dna i teraz może być już tylko lepiej. Dajmy więc czas trenerowi Nawałce i piłkarzom do końca eliminacji do mistrzostw Europy. Jeśli nadal będzie tak źle, to bliżej nam będzie do ostatniego w rankingu do San Marino niż pierwszej Hiszpanii.

Nie będzie referendum w sprawie sześciolatków

10 listopada 2013
Kategoria: Polityka

W polskim parlamencie zdecydowano, że nie odbędzie się referendum w sprawie sześciolatków. Oznacza to mniej więcej tyle, że do pierwszej klasy szkoły podstawowej trafiać będą już dzieci w wieku sześciu lat. Dlaczego Donald Tusk nie chce referendum w tej sprawie? Przecież prawie milion osób podpisało się pod tą petycją. Jedna z tez głosi, że to referendum i tak nie ma sensu, ponieważ aby było ważne, musiałoby na nie pójść 50% polaków. Premier uznał więc, że frekwencja będzie niższa, a referendum nieważne i nie ma sensu wydawać pieniędzy.

Szkoda tylko, że w tym samym czasie wydaje się pieniądze choćby na organizację szczytu klimatycznego, zawiesza się układ z Schengen na czas jej trwania i tworzy centra bezpieczeństwa dla tego przedsięwzięcia, a to wszystko za dziesiątki milionów złotych. Szkoda, że kilka milionów złotych z Ministerstwa Sportu wydano na wejściówki na koncert Madonny. Najdziwniejsze jest to, że w obu tych przypadkach nikt nie widzi marnotrawienia publicznych pieniędzy, a widzi to w przypadku referendum, w którym braliby udział ludzie płacący na co dzień podatki w tym kraju.

Nie znam się na dzieciach na tyle, bym rzucał transparentami typu – czy sześciolatek jest w stanie usiedzieć w ławce przez 45 minut? Zadaję sobie jednak pytanie, po co premier chce sześciolatków wysłać do szkoły? Jedna z teorii spiskowych głosi, że jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. A dokładniej o to, że jeśli dziecko rozpocznie szkołę o rok wcześniej, to w teorii również zakończy ją rok wcześniej. Pójdzie więc do pracy i płacił będzie podatki. Ma to sens? Ma!

I tu pozostaje mi zapytać. Czy nie łatwiej było zlikwidować szkołę gimnazjalną, w której uczniowie uczą się przez 3 lata oraz zasady działania sześcioklasowej podstawówki? Czy nie lepiej wrócić do czasów z przed reformy i wprowadzić osiem klas w szkole podstawowej? W takim przypadku uczniowie wybieraliby się do szkoły średniej w wieku piętnastu, a nie szesnastu lat i nie byłoby w tym momencie problemu. Rodzice na hasło „gimnazjum” dostają białej gorączki, więc raczej nie byłoby publicznego sprzeciwu. Nie mam pojęcia w jakim celu powołano do życia szkoły gimnazjalne. Skoro już sześciolatkowie muszą iść do szkoły, to trzeba było zrobić 3 klasy zaczynając od najmłodszych, a nie najstarszych. Przystosować je tak, aby dzieciaki w wieku 6-8 miały odpowiednie warunki i dopiero od czwartej klasy wysyłać je do podstawówki.

Nie będą tu walił haseł opozycyjnych, że brak referendum to łamanie demokracji, a Donald Tusk to samo zło. Ten przykład pokazuje jednak dobitnie, że premier ma jakiś cel, który chce osiągnąć bez porozumienia z kimkolwiek. Odcina się od ludzi i tworzy swoją wizję Polski i to wróży mu rychły koniec.

Pogadanka o śmieciach

6 listopada 2013
Kategoria: Blog

Śmieci mamy w lesie tyle, że moglibyśmy z nich tworzyć ekologiczne drzewa z puszek, butelek, podpasek czy pampersów. Można by też zrobić mech z kanap, grzybki z pustaków i lodowisko z płytek. Nie zabrakłoby też ptaszków z papieru, mgły z popiołu, a nawet zajączków z muszli klozetowych. Brzmi to zapewne absurdalnie, ale bardziej absurdalne jest to, że te śmieci leża w lesie, a nie na wysypisku i wszystko dla zaoszczędzenia 20 złotych miesięcznie. Tak, dla jednych 20 złotych to noże być duża kwota, ale to chyba nie jest kwestia pieniędzy, lecz mentalności. Dwie dychu tu, pięć dych tam i już mam papierosy lub piwo – na tydzień. Takie jest właśnie podejście. Nie oszczędzamy, by coś w życiu zmienić, tylko by się najebać lub opalić. Widzieliście obskurne kamienice, z których wali się tynk, a klatka schodowa przypomina chlew? Ja widziałem i wiecie co mnie najbardziej dziwi? Że ci ludzie sami niszczą to co mają lub w ogóle nie interesuje ich to, że jest brzydko, obskurnie, niemiło i odstraszająco. Żyją tak od lat i jeśli nawet miasto ze swoich pieniędzy ulepszy im życie, to oni sami to zniszczą bądź ukradną.

Weźmy na przykład blokowiska w dużych miastach. Ludzie mają ekskluzywnie wykończone mieszkania, a na klatce schodowej mimo tego że są domofony leżą niedopałki, zapałki, paczki papierosów, ściany są porysowane i oplute. W skrajnych przypadkach można tam znaleźć butelki, szczochy lub wymiociny. Skoro mieszkańcy własnego bloku, kamienicy, czy domku wolno stojącego nie dbają o swoje, to czy zadbają o nasze wspólne dobro jakim jest choćby las? Nie wierzę w to. I musi minąć naprawdę wiele czasu, musi zdechnąć kilka pokoleń, byśmy zrozumieli, dbali, szanowali i brali odpowiedzialność za to, że śmieci wyrzucone do lasu to nasza wina, a nie producenta lodów który stworzył papierowe opakowanie, producenta pieluszek, że są jednorazowego użytku, czy wina płytkarza, że na naszą prośbę usunął stare płytki którymi się znudziliśmy.

Ludzie są jedną wielką egoistyczną banda niewiele różniąca się od małp człekokształtnych. Proste myślenie niektórych ludzi aż boli od słuchania, a ich poczynania są wręcz porażające. Przypominam sobie sytuację, w której przyjechał do mojego ojca znajomy. Siedzieliśmy w letniej altance, a ten wyciągnął z kieszeni batonika, rozpakował go, wziął do ust, a papierek wyrzucił obok siebie. Widząc to poczułem się zażenowany poziomem myślenia tego prostaka, a mój ojciec się zagotował, zjebał go i kazał mu go pozbierać. Wyobrażacie sobie, jaka po tym wszystkim panowała gęsta atmosfera? Niemal zaczęło padać i grzmieć. I jak to bywa z burzą długo nie trwała. Za chwilę pozbierał śmiecia, który leżał koło niego i udał się z nim do kosza. Niestety ten facet zamiast trafić tam gdzie śmieć, pojechał do domu.

Ustawa śmieciowa to kolejny świetny pomysł na ratowanie przydrożnych rowów i lasów od śmieci. Szkoda tylko, że nasi rodacy sami nie potrafili wpaść na pomysł by nie zaśmiecać tych miejsc, tylko zrobili to za nich państwowi urzędnicy, a lokalni zastali do tego zmuszeni. Wszystko po to by żyło się nam wszystkim czyściej i przyjemniej. Ta ustawa zwolniła ludzi z myślenia, ale nie płacenia. Ale chyba nikt nie myślał, że śmieci będzie ktoś wywoził tak jak ksiądz prowadząc mszę za „Bóg zapłać”? W całej tej ustawie jest tylko jeden mankament. Różne formy płatności – w zależności od ilości mieszkańców, ilości metrów kwadratowych domu lub ilości zużycia wody. Rozumiem sens płacenia od ilości mieszkańców. No bo na logikę, im więcej ludzi, tym więcej śmieci. Nie rozumiem tylko, że trzeba składać deklarację, ile osób zamieszkuje dany dom lub mieszkanie. Nie rozumiem, bo płatność wedle mnie powinna być zależna od ilości zameldowanych osób, a nie przebywających w danym miejscu. Dlaczego? Bo ludzie mają możliwość oszukiwania i podają o wiele mniej osób niż mieszka faktycznie. Gdybyśmy dziś sprawdzili ilość osób podanych w deklaracjach w 30 tysięcznym mieście, to okazałoby się, że połowa z nich mieszka na marsie albo księżycu. Daje to zwyczajnie pole popisu dla nieuczciwych.

Płatność za śmieci w zależności od metrów kwadratowych to jakaś pomyłka pomyłek i brzmi raczej jak czarny humor z „Monty Pythona”, niż wymiar kary. Ja np. mieszkam w 200 metrowym domu wraz z ojcem, a sąsiad z żoną i dwójką prawie dorosłych dzieci w 100 metrowym domu. Oni płaciliby o połowę mniej, a jest ich o połowę więcej. Czy to uczciwe i sensowne?

Ostatnią złodziejską formą płatności za śmieci jest naliczanie stawki w zależności od zużycia wody. Czy to, że 5 osobowa rodzina nauczona czystości, kąpiąca się codziennie w wannie pełnej wody, to grzech? Czy to, że o siebie dbają oznacza, że muszą ponieść karę finansową? Czy ludzie posiadający trawniki, które chcą latem zrosić wytwarzają przy tym śmieci? Kurwa – ludzie. Przecież te przepisy są jakieś pomylone i posrane, a najdziwniejsze w tym jest to, że nikt kto nad tym głosował nie widział w tym absurdu. Mój teściu z opłaty za śmieci wysokości 40 złotych miesięcznie ma teraz rachunek na kwotę ponad 200 złotych. Ludzie nie spuszczają wody w kiblach, nie myją na bieżąco naczyń, nie myją samochodów w przydomowych ogródkach i nie podlewają zielska. Oszczędzają wodę jak mogą, by obniżyć koszty wywozu śmieci i wiecie co? Dojebali im wyższe rachunki za wodę, bo zużycie wody spadło na tyle, ze wodociągi nie mogą związać końca z końcem. – Kurwa!

I powiesz takiemu ustawodawczy jednemu czy drugiemu, że przepisy jakie ustalają to absurd, to oni powołają się na konstytucję z 3 maja 1791 roku. Tłumaczą się tak, jakby była to księga dla obłąkanych i psychicznie chorych ludzi, których świat wyglądałby tak jak nasz, gdyby rzeczywiście istniał. I nie wiem do końca, czy kraj w którym mieszkam to ten prawdziwy, czy urojony gdzieś daleko w moich zwojach. A może ja leżę przywiązany pasami do łóżka, naładowany antydepresantami i żyję w swoim małym, szalonym, urojonym i absurdalnym świecie? Sam już nie wiem…

stat4u