8.01.2017

W jakimś „amerykańczańskim” filmie usłyszałem hasło – „w Boga nie wierzę, ale się go boję”. Tak mi ono dało po głowie, że przez pół nocy zastanawiałem się, co autor miał na myśli wypowiadając te słowa. Pierwsza część zdania, choć głęboko przekonuje nas, że Bóg nie istnieje, to druga wydaje się być jednak jego zaprzeczeniem. Skoro czegoś się boimy, to musi istnieć! Ale czy aby na pewno?

Dlaczego boicie się przechodzić w nocy przez cmentarz? Czy nie dlatego, że możecie zostać zaatakowani przez zombie lub ducha? A czy jedno i drugie istnieje? Wiele pytań, na które do końca nie ma odpowiedzi. Nie ma też konkretnej odpowiedzi, czy Bóg istnieje czy nie. Na tym właśnie polega magia wiary w istotę, która stworzyła (rzekomo) wszechświat, w tym Ziemię i człowieka. Nic co istnieje nie powstało bez jakiegoś celu. Rośliny karmione wodą i promieniami słońca zjadane przez zwierzęta, zwierzęta przez człowieka, więc czy śmierć jako jedyna nie będzie mieć żadnego sensu?

Początek zdania „w Boga nie wierzę, ale się go boję” dobitnie podważa istnienie stwórcy, druga zaś podważa dobitność jego nie istnienia. Bóg dał nam wolną wolę, więc sami decydujemy o tym kim będziemy i jak będziemy dążyć do osiągania „ludzkich” celów. Żaden stwórca nie będzie nam przeszkadzał w osiąganiu go na Ziemi. Możemy dorabiać się majątków kradnąc czy zabijając, ale żadna plaga nam na głowę nie spadnie. Jeśli coś złego się przydarzy, będzie to zwyczajny przypadek losu…

Wydaje się więc, że ktoś kto wypowiedział te słowa, nie boi się dążyć do celu po „trupach”. Pieniądze przez to osiągane, dostatek w życiu to dla niego najważniejsza rzecz. Wyczuwam jednak, że autor zdania będzie miał wielki respekt, albo raczej strach stając przed Bogiem (jeśli rzeczywiście istnieje) po śmierci. Bał się będzie kary, która spadnie na niego za występki popełnione za życia…

Dla jednych Bóg stworzony został z myślą o biznesie, dla innych to najwyższy wymiar prawdy. Są też tacy jak ja, gdzieś po środku, którzy nie wiedzą co o tym myśleć. Uważam, że Bóg nie jest mi potrzebny do tego, by być prawym i dobrym człowiekiem. Jest mi potrzebny do tego, by wierzyć w sens mojego istnienia…

25.12.2016

Na kanale National Geographic nadawany jest serial dokumentalny, w którym przedstawiony jest lot pierwszej misji załogowej na planetę Mars. Oczywiście jest to dokument, który trzeba traktować z przymróżeniem oka, bo jest to niejako symulacja takiego lotu jak i wydarzeń mających miejsce przy zakładaniu bazy. Szacuje się, że pierwsi ludzie wylądują na Marsie w 2033 roku, a w roku 2060 Mars będzie miał już milion ziemskich mieszkańców. Jeden z powodów takiej zsyłki na tą martwą planetę jest chęć ocalenia ludzi od zagłady. – Gdyby w Ziemię pierdolnęła jakaś kometa i zniszczyła życie, to część ludzi przetrwa na Marsie. Prawdopodobieństwo, że dwie planety zostaną zniszczone za jednym „zamachem” jest mało realne…

W sumie to powiem Wam, że zrobiło mi się żal planety Mars po obejrzeniu pierwszego odcinka. Co prawda życie tam nie mogłoby się odbywać „na dworze”, a w jakiś wielkich bazach, ale jak słyszę o milionie ludzi, którzy będą oblewać tę planetę fekaliami i śmieciami, to zwyczajnie zrobiło mi się smutno. Jakoś tak mam, że człowiek kojarzy mi się z brudną, cuchnącą, bezduszną i chciwą istotą. Ewentualne zasiedlenie planety Mars będzie nie dość, że nieekonomiczne i nielogiczne w sensie wysłania tam ludzi i budowania baz, to zapewne w dłuższej perspektywie ktoś zbije na tym fortunę, podzieli planetę na parcele i będzie czerpać z tego korzyści. A gdy okaże się, że na Marsie występuje złoto w dużych ilościach, to zapewne obejrzymy kolejne odcinki „Gorączki złota” na Discovery Channel. – Jak będzie lód, to pewnie Alex Debogorski i Hugh Rowland wystąpią w kolejnej serii „Na lodowym szlaku”, tym razem na czerwonej planecie.

Powiedzcie mi, czy naprawdę wierzycie w to, że kogokolwiek obchodzi los ludzkości? Żyjąc tu na Ziemi nikt nie dba o to czy żyje ci się dobrze czy nie. Nikogo nie obchodzi, czy jesteś zdrowy, czy chory, bo w obu przypadkach jesteś „coś wart”. Jak jesteś zdrowy to jesteś zwyczajnym konsumentem wydającym pieniądze na zbędne produkty zareklamowane w telewizji, a jeśli chorujesz, to musisz kupować drogie leki, by żyć. I nagle słyszymy o super misji mającej na celu osiedlenie nowej planety przez człowieka, na którą wyda się w najbliższych latach biliony dolarów. – Urocze kurwa!

W dodatku ten magiczny argument, że jak coś zniszczyłoby Ziemię, to ludzie przeżyją gdzieś na wyjałowionej planecie. Żyć będą tylko po to, by mogli się wysrać, wyprodukować żarcie i kręcić się tunelami nie mając styczności z niczym co jest na Ziemi. Ja się pytam po co? Przecież jak zabraknie dostaw z Ziemi, to ludzie tam i tak będą skończeni. Gdzie wyprodukują maszyny i urządzenia do podtrzymywania życia? Na Marsie? – Gdzie w hucie aluminium? I tak skonają z braku wszystkiego. Będą dopiero jaja jak się okaże, że to nie Ziemię, tylko Marsa zniszczy wielka kometa. No dobra. Dość już pierdolenia o planetach, pieniądzach i władzy. – Lecą na Marsa do spożywczego…

20.12.2016

W Berlinie jakiś szaleniec zastrzelił polskiego kierowcę samochodu ciężarowego, uprowadził samochód i posłużył się nim w ataku terrorystycznym, wjeżdżając w tłum ludzi biorących udział w „jarmarku bożonarodzeniowym”. Zabił kilkanaście osób w tym prawie 50 ranił. Gdy dowiedziałem się, że to samochód pochodzący z Polski wjechał w tłum od razu wyczułem, że nie mógł tego zrobić Polak. Z drugiej strony pomyślałem sobie, że gdyby to jednak Polak był zamachowcem, to już sobie wyobrażam jak stosunki obu narodów by się pogorszyły.

Jestem w stanie zrozumieć, że ludzie z Syrii czy innych krajów bliskiego wschodu uciekają przed terrorystami. Zastanawiam się jednak, czy warto było Niemcom osiedlać u siebie ponad milion takich ludzi. Nawet jeśli tylko pięćdziesięciu z tego miliona jest potencjalnymi terrorystami, to czy warto ryzykować życie swoich rodaków? Gdyby tak każdy z nich zabił 20 osób i trzy razy tylu ciężko ranił, to okazuje się, że Niemcy będą mieć 1000 potencjalnych ofiar i 3 tysiące kaleków. Czy warto? Gdybym był „głową narodu”, nie pozwoliłbym na to, ale to nie ja o tym decyduje.

Nadal jest wielu ludzi, którzy uważają, że jedyną słuszną drogą przyszłości Europy są rządy liberalno demokratyczne. Takie to złudne postrzeganie świata. To ci sami, którzy przygarnęli do siebie uchodźców i teraz zbierają żniwo złych decyzji. Jeszcze raz powtórzę. Nie wszyscy islamiści to terroryści, ale ryzykować życie własnego narodu kosztem ratowania ludzi mających w dupie naszą kulturę i cywilizację, nie jest fair. I pomyśleć tylko, że wszystkiemu winny jest zły system emerytalny…

Niemcy przyjmują uchodźców, bo wierzą, że ci będą pracować i dokładać do emerytur. Społeczeństwo europejskie się starzeje, a niż demograficzny sprawia, że nie ma komu robić na emerytury dla naszych rodziców i dziadków. Kraje zachodnie więc z wielką przyjemnością „instalują” u siebie uchodźców. W Polsce ten niż demograficzny też jest odczuwalny i już tęgie głowy narodu myślą, skąd tu sobie sprowadzić „roboli”, by jebali na nasze emerytury. W imię pieniędzy, budżetów, emerytur przyjmujemy do Europy ludzi, którzy okazują się „piątym kołem u wozu”. I wszystko tylko dlatego, że system emerytalny jest źle rozwiązany. To nie młodsze pokolenia powinny pracować na starsze pokolenia, lecz każdy powinien pracować na własne konto, ale to temat na odrębny wpis.

W całym tym Berlińskim zamachu najważniejsze jest to, że zamachowcem nie jest Polak. Myślę, że nasi rodacy mieliby w Niemczech ciężkie życie. To także skłania mnie do myślenia, że jeśli zamachowcem jest Pakistańczyk czy inny uchodźca, to teraz oni będą mieć ciężkie życie w Niemczech, a i pewnie czkawką odbije im się w całej Europie. No cóż, taki mają los.

10.12.2016

Zbliżają się święta, więc nadchodzi czas nieudanych prezentów. Często starasz się jak możesz i wydaje ci się, że kupiłeś genialny prezent, by w końcu w czasie ich rozdawania okazało się, że to totalna klapa. Nie dość, że tracisz pieniądze, to jeszcze masz świadomość, że zjebałeś na całej linii. – Znacie to skądś? Nie wiem ile wydajecie na prezenty, ale często zdarza się, że dając je kilku osobom dochodzimy do tysiąca złotych. Skupiasz się na kilku prezentach, które i tak będą chuja warte. Co więc zrobić, by prezenty były genialne…?

Pamiętacie serial z Jasiem Fasolą w roli głównej. Był tam taki odcinek, w którym tytułowy bohater sam zrobił sobie prezent, otworzył go w święta i cieszył się tak bardzo, jakby rzeczywiście był zaskoczony tym, co dostał. Scena ta wydaje się być śmieszna, a nawet głupia, ale gdyby tak wcielić ją w życie, czy nie okazałoby się, że jest genialna?

Zamiast kupować prezenty najbliższym umówcie się, że każde z Was kupi sobie prezent za ten tysiąc złotych. Będziesz mieć prezent, który będzie ci się podobał i na pewno będzie funkcjonalny. No i zamiast rozdrabniać się na drobne (kilka prezentów), możesz kupić sobie coś większego i bardziej cieszącego. Jeśli jednak robicie sobie symboliczne prezenty, no to luz. A jeśli „bawicie” się na bogato, to oczywiście możecie je sobie kupować, a przy wigilijnym stole udawać, że wam się podobają…

7.12.2016

Gdy zobaczyłem grupę w jakiej znalazła się Legia Warszawa w lidze mistrzów oniemiałem. Wiedziałem, że to będzie trudna lekcja. – Real Madryt, Borussia Dortmund, Sporting Lizbona. Wśród dziennikarzy sportowych sukcesem Legii w tej grupie byłoby zdobycie choćby jednego gola.

Pierwszy mecz i porażka u siebie z Borussią aż 0:6 sprawiła, że na Legię spadły gromy. Między innymi dzięki temu trener Hassi stracił pracę. Właściciele zaczęli publicznie się kłócić, co wywołało kolejne trzęsienie Ziemi w Legii Warszawa. Po za tym nie wytrzymały nerwy (pseudo)kibicom, którzy podczas meczu z Borussią starli się z ochroną stadionu (…). To sprawiło, że UEFA wydała decyzję o zamknięciu stadionu na jeden mecz i to nie z byle kim, bo z Realem Madryt.

Drugi mecz ze Sportingiem w Lizbonie ogłoszono za sukces. – Legia przegrała tylko 2:0. Prześmiewano się, że to duży progres w stosunku do pierwszego meczu.

Trzeci mecz na Snatiago Bernabeu w Madrycie z miejscowym Realem zakończył się wynikiem 1:5. Porażka była, ale postawa sportowa Legii została doceniona przez wszystkich. Żyjemy w takich czasach, że tego typu porażka na stadionie Realu mogłaby spotkać nawet najlepszych. Tu niestety znów, podobnie jak w pierwszym meczu pokazali się (pseudo)kibice. Przed stadionem doszło to zamieszek z policją. Wyglądało to żałośnie, a kara o jakiej mówiło się po meczu opiewała na wykluczenie Legii z ligi mistrzów, jak i zakazie gier w Europie przez kilka lat. Kilka dni później sprawa ucichła (…).

Rewanż przy Łazienkowskiej z Realem Madryt odbył się przy pustych trybunach. Real do 35.minuty prowadził 2:0, by w 83.minucie przegrywać z Legią 2:3! Niestety dwie minuty później piłkarze z Hiszpanii wyrównali na 3:3 i takim wynikiem zakończył się mecz. Remis to nie sukces, ale remis z Realem Madryt i to nie taki szczęśliwy 0:0, gdzie była obrona Częstochowy, lecz 3:3 pokazał, że piłkarze z Warszawy rzeczywiście czegoś się nauczyli dzięki lidze mistrzów.

Mecz w Dortmundzie z miejscową Borussią to istne szaleństwo. Choć Legia przegrała aż 8:4, to jestem przekonany, że nie było tu nic, czego Legia mogłaby się wstydzić. Strzelić cztery gole w Dortmundzie to nie wstyd i wydaje mi się, że długo na poziomie europejskich pucharów drużyna Borussi nie straci tyle goli w jednym meczu. Przyznać też trzeba, że pewnie nie prędko strzeli 8 goli na swoją korzyść, ale ważne, że chłopaki z Warszawy pokazali się z dobrej strony. Martwi tylko to, że w dwumeczu z Borussią Legia osiągnęła wynik aż 4:14! Szok!

Ostatni mecz grupowy ze Sportingiem Lizbona to walka o trzecie miejsce i awans do rundy pucharowej ligi europejskiej. Warunek był taki, że Legia musiała ten mecz wygrać, a gościom z Portugalii wystarczył remis. Legia Warszawa przy moim wielkim zdumieniu i zdziwieniu wygrała ten mecz 1:0 i wywaliła za burtę z pucharów vice mistrza Portugalii, a to w mojej opinii wielki sukces…

Śmiało można powiedzieć, że ta edycja ligi mistrzów, po dwudziestu latach nieobecności polskiego klubu była wielkim wahadłem nastrojów. Od pogromu z Dortmundem, po wygraną ze Sportingiem i awansie do ligi europejskiej z trzeciego miejsca. Choć Legia dostawała po drodze srogie lekcje, to widać, że nie poszły one na marne. Gdybym był kibicem Legii, takim z krwi i kości, to dziś pękałbym z dumy, ale jestem tylko biernym obserwatorem piłki kopanej w naszym kraju i jedyne co mogę zrobić, to pozazdrościć tym, którzy nimi są. Oczywiście chylę czoła przed piłkarzami z Warszawy, bo pokazali serce, wolę walki i osiągnęli to, co mogli zrobić. Nikt nie wierzył, że awansują z grupy do fazy pucharowej ligi mistrzów, ale przyznaję, że ja nie wierzyłem nawet w awans do ligi europejskiej, a żeby być bardziej żałosnym napiszę, że nie wierzyłem, że Legia strzeli z tymi rywalami choćby jednego gola.

2.12.2016

Niemal każdy człowiek za Ziemi zna hasło „Facebook”. Nie ma w tym nic złego, ale w mojej opinii jest to najbardziej dziwaczny portal na świecie. Gdyby mi ktoś 10 lat temu powiedział, że powstanie strona internetowa, na której zarejestruje się ponad miliard ludzi i korzystać będą z niego niemal codziennie, to powiedziałbym mu że oszalał. Dziś to jest już faktem. Strona, na której możecie założyć konto i napisać „o czym teraz myślisz” warta jest na giełdzie tyle, ile wart jest roczny budżet 36 milionów Polaków!

Pamiętam czasy, w których mówiło się, że jeśli nie ma Twojej strony w wyszukiwarce Google, to znaczy, że nie istnieje. Dziś to samo można powiedzieć o Facebooku, z tą tylko różnicą, że nie chodzi już o stronę tylko o człowieka. – Nie ma Cię na Facebooku, nie istniejesz.

Na czym polega fenomen Facebooka? Wydaje się, że przeważyła o tym funkcja dająca możliwość łączenia swojego konta z kontem znajomego. To dobre narzędzie do szybkiego informowania, wielka baza danych dla firm promujących swoje usługi i towary. Gdyby nie to, że to już się stało, nigdy nie uwierzyłbym, że powstanie kiedyś strona internetowa inna niż wyszukiwarka, z której korzystać będzie co szósty człowiek na Ziemi. Zastanawiałbym się, co musiałaby zawierać, by ludzie tak chętnie na nią wchodzili. Nie wpadłbym na to, że wystarczy dać możliwość opublikowania wpisów i dostęp do kilku aplikacji, by zgromadzić tak wielu zainteresowanych.

W moich czasach gdy chodziło się na randki z dziewczynami nie wiedziało się o nich nic. Krok po kroku poznawało się osobę, która na początku wydawała się być interesującą. Dziś w czasach wszechobecnego Facebooka i innych portali społecznościowych, o drugiej osobie dowiadujemy się wiele od zaraz i wiemy, jakiej słucha muzyki, jakie lubi filmy, ile ma lat, z kim się kumpluje, jakie ma zwierzęta, upodobania polityczne, jakim jeździ samochodem i czy ma partnera. Czy to zaleta? Nie wiem, nie chodzę już na randki, ale wiadomość o prezencie przed rozpakowaniem traktuję jak rozczarowanie…

Niewątpliwą zaletą Facebooka jest to, że docieramy do najświeższych informacji sekundę po opublikowaniu. Wiemy, czy nasz ulubiony zespół nagrywa, a może wydał nową pytę, bądź szykuje się w trasę koncertową. Wiemy, czy w naszym mieście będą mieć miejsce ciekawe wydarzenia i jakie filmy „lecą” w „naszym” kinie. Przesył informacji jest tak duży i tak szybki, że niektórzy by nie ominąć niczego siedzą przed komputerem, laptopem, tabletem czy smartfonem niemal bez przerwy.

Choć to świetne miejsce do spotkań ze znajomymi, służy głównie do przesyłania spamu, powielania istniejącej treści, zdjęć i filmów. Ale także dzięki Facebookowi szybko można dotrzeć do najważniejszych informacji lub dowiedzieć się czy nasz znajomy robi właśnie kloca, czy masturbuje się przed lustrem.

Dziwię się też społeczeństwu, bo każdy z nas chce być wyjątkowy. Kupujecie fajne ciuchy, staracie się być oryginalni, a tu nagle taki klops. – Wszyscy na Facebooku mają tak samo wyglądającą stronę, ale czadowo!

Słyszałem też opinie, że Facebooku to wielki portal randkowy. Chciałbym się z tym nie zgodzić, ale ziarnko prawdy w tym jest. Człowiek w każdym miejscu skazany jest na miłość. – Nie ma znaczenia, czy kobietę zahaczy facet na ulicy, w kolejce do mięsnego czy na Facebooku. Jeśli kobieta ma w sobie coś z Sharon Stone, to nie ma znaczenia za pomocą czego rozłoży nogi…

Facebook ma też coś z tajemnicy Poliszynela. – Istnieje tylko dzięki nam, co jest oczywiste i wiadome. Gdyby tak pół miliarda ludzi postanowiło w ciągu miesiąca usunąć konto na Facebooku, to zwyczajnie cały biznes by się posypał, akcje spadły na łeb na szyję i moglibyśmy następnego miesiąca obudzić się bez Facebooka. – Tylko sam już nie wiem, kto by z tego powodu bardziej cierpiał? –  Założyciel pan Zuckerberg, zwykły Kowalski czy firmy dostarczające internet?

Kiedyś sądziłem, że upadek Facebooka jest nieuchronny, a dziś już w to nie wierzę. Co by nie napisać złego czy dobrego o słynnym „fb”, jest to swojego rodzaju szaleństwo. Wystarczy stworzyć stronę na absurdalny temat, by po kilku miesiącach mieć absurdalnie dużo wielbicieli…